Śladami Johna Talabota

Śladami Johna Talabota

Wyobraźmy sobie sytuację, że mieszkamy w mieście, gdzie ambitna elektronika po prostu skazana jest na niszę wobec powszechnie panującej mody, bądź kultury miejsca. Czy w mieście kojarzącym się często z cebulactwem i komercją może istnieć i co więcej utrzymać się na świetnym poziomie klub oferujący swoim gościom masę elektronicznych innowacji? Okazuje się, że tak.

Noc 3 na 4 Czerwca 2013, Barcelona

Na tą wycieczkę zdecydowałem się wybrać sam- nikt z sąsiadujących ze mną Brazylijczyków nie gustował w tego typu klimatach. Jeśli jesteś kobietą i czytasz ten tekst to zdecydowanie odradzam Ci wychodzenia samej, bądź z małą grupą koleżanek w nocy do centrum Barcelony nie idąc przy tym z żadnym mężczyzną. Za chwile ukażę problem jaki mogłem napotkać podczas takiej “wycieczki”, co w przypadku kobiet jest jeszcze bardziej, czasem o wiele gorzej odczuwalne. Szkoda brać ze sobą aparat- w Barcelonie lepiej jest nie wyglądać jak turysta, gdyż to przykuwa uwagę kieszonkowców. Wsiadam do metra pod świecącym na niebiesko-czerwonymi instalacjami słynnego Torre Agbar. Jadę ostatnim kursem o 23:55, bowiem tu metro przestaje jeździć o północy. Już dojechałem na Placa Catalunya- udaje się z niego na Las Ramblas i ku mojemu zaskoczeniu, zaczynam dostrzegać wiele podobieństw nocnego życia Barcelony do Polski. W nocy, centrum Barcelony jest pozbawione tłumów co czyni wędrówkę, w przeciwieństwie do dnia przyjemniejszą. Rozglądałem się za tabliczką informującą, o dojściu na Carrer d’Arc Teatre- ulicy gdzie miał znajdować się jedyny undergroundowy klub w Barcelonie- Moog. Im bliżej zmierzałem w stronę pomnika Kolumba tym zaczepiało mnie coraz więcej nachalnych Pakistańczyków sprzedających piwo czy jakiś Marokańczyków zapraszających mnie na Bunga-Bunga Party. Tacy dealerzy to nic w porównaniu z prostytutkami, które są tu wyjątkowo nachalne i jest ich ogromna ilość. Podczas powrotu z jednego klubu znajdującego się niedaleko plaży pod wioską olimpijską, widziałem więcej dziwek niż w całym moim życiu w Polsce. Kiedy dowiedziałem się od policjantki, którędy dojść do Mooga to na początku nie mogłem uwierzyć, a chwile później byłem już przerażony. Każda z uliczek bocznych Las Ramblas była widoczna pod kątem prostym, a na niej znajdowały się ładne restauracje, sklepy itp. Do tej jednej, jedynej uliczki wchodziło się przez wąski, ciemny korytarz, który nie był widoczny z daleka ponieważ nad nim były rusztowania, a pod rusztowaniami siedziała grupa napalonych czarnoskórych dziwek- paskudny widok!!

1465414_10152085028479579_1494288778_n

Pomimo trudności udało mi się przedostać na uliczkę, która ukazywała tą Barcelonę nie dla turystów- na niej nie było nic, tylko powybijane szyby, graffiti, w oddali cygańskie łachmany powieszone na sznurkach, a na samym środku jedno jedyne miejsce: Moog Club i dwóch ochroniarzy. Ku mojej ogromnej radości przychodzę pod drzwi i z radością oznajmiam, że jestem na liście. Ochroniarz o wschodnio-europejskich rysach twarzy(wyglądał jak Władimir Putin!) pyta się mnie o imię, a ja mu się przedstawiam i dodaje, że jestem z Polski, po czym on na to „Aaa z Polski jesteś.”(!!!). W Barcelonie Polacy to naprawdę precedens! Chwile później po spojrzeniu na listę dodaje „OK jesteś. Nie musisz pokazywać dowodu. Możesz wejść.” Po czym z uśmiechem podał mi dłoń. W Hiszpanii ludzie imprezują inaczej- kluby otwierane są zwykle chwile po północy, a zabawa rozkręca się pomiędzy drugą a trzecią, podczas gdy w Polsce ludzie o tej porze zaczynają powoli kończyć- dodam jeszcze, że to był poniedziałek! Klub wyglądem przypomina te z Polski, czyli dość wąskie korytarze, szeroka lada, niewielki parkiet. Kiedy wszedłem do klubu jedynym obecnym na Sali był rozgrzewający się przed deckami Gus. Na mój widok bardzo się ucieszył. Zapytałem się go gdzie są ludzie, on mi odpowiedział, że jeszcze są w barze i powinni się tak zjawić za godzinę, dwie. W tym czasie rozmawialiśmy o nowych wydawnictwach Warp Records, w tym Boards of Canada, a także o jego kolekcji vinyli. Przeglądając je trafiłem na zieloną okładkę z tytułem John Talabot, po czym przypomniało mi się, że pochodzi on z Barcelony. Okazało się, że to znajomy Gusa- nic dziwnego, gdyż artystycznie dorastał on właśnie w Moogu! Chwilę później zapytał się mnie, czy znam ostatni track z albumu Fin. Od tego wieczoru So will be now… (Club Revision) będzie kojarzyć mi się z tym niezapomnianym wieczorem, kiedy to zapomniałem, że jestem w Barcelonie, a czułem się jak w swoim katowickim INQbatorze- to niesamowite uczucie, kiedy będąc daleko od domu odkrywasz miejsce, które daje ci jego namiastkę!

[soundcloud url=”http://api.soundcloud.com/tracks/92130928″ params=”” width=” 100%” height=”166″ iframe=”true” /]

Godzinę później zaczynało się robić coraz tłoczniej.Na parkiecie sporo było(co nie powinno dziwić!) Włochów z Mediolanu, czy Niemców. Masa ludzi zaczynała mi przybijać piątki i stawiać piwo z myślą o tym, że dziś gram pomimo tego, że tylko gościnnie towarzyszyłem Gusowi przy konsolecie. Mimo dość późnej pory ludzie bawili się jakby dopiero co zaczynał się wieczór. W Polsce, w dniu imprezy zwykle co godzinę zmieniają się DJe, podczas gdy Gus elegancko grał z 4 decków Pionnera przez calutką noc. aż do piątej rano, do momentu kiedy to czarny ochroniarz zaświecił światło i powiedział „Chicos adios!”. Przy wyjściu dowiedziałem się, że polski ochroniarz, którego poznałem przy wejściu pochodził z Koszalina i wyjechał z Polski wraz z końcem komunizmu, a w Barcelonie żyje od 18 lat- czuć było już hiszpański akcent w jego mowie. O 5 rano w czerwcu w Barcelonie jest jeszcze ciemno- jasno robi się dopiero pół godziny później. Wchodząc na La Ramblę o tej porze myślałem, że nikt mnie już nie zaczepi, jednak doszedłem do wniosku, że niezależnie od pory jeśli nikt cię tam nie zaczepi to wiedz, że jest coś z tobą nie tak. Na szczęście bez większych przygód udało mi się wrócić do mieszkania w pobliżu Torre Agbar i podziwiać z balkonu kataloński wschód słońca.

Adam “Attaché” Dąbrowski