Dzień 1
Tercet Imperial
Pierwszy dzień przywitał nas chyba najlepszym polskim koncertem tej edycji, a zarazem największym odkryciem festiwalu. Tercet Imperial to trio grające muzykę inspirowaną polskim folklorem, wzbogaconą o nowoczesne brzmienia, w dużej mierze czerpiące z footworku. Połączenie tych dwóch światów wydaje się na pierwszy rzut oka absurdalne, ale zespół udowodnił, że może ono działać znakomicie.
Teksty pozostały w swoich oryginalnych wersjach i zostały zaśpiewane bez zbędnych udziwnień. Jednocześnie warstwa rytmiczna oparta jest na samplach perkusyjnych, a melodie wybrzmiewają na syntezatorach. Dzięki temu Tercet Imperial nie tylko proponuje świeże spojrzenie na polski folklor, ale też potrafi zamienić koncert w świetną potańcówkę.

Dana and Alden
Choć na OFF Festivalu po raz drugi pojawiła się specjalna Scena Jazzowa, to – jak co roku – jazzowe perełki można było znaleźć również na głównych scenach. W tym roku jedną z nich był duet Dana and Alden, którego koncert udowodnił, że nie trzeba być wytrawnym znawcą gatunku, by świetnie się bawić.
Muzycy zaprezentowali bardziej przystępne i rozrywkowe oblicze jazzu, a luźną atmosferę koncertu dopełniały ich żarty i anegdoty opowiadane pomiędzy utworami. Dzięki temu występ był nie tylko muzycznym, ale i bardzo sympatycznym doświadczeniem.

Earl Sweatshirt
Był to pierwszy występ festiwalu, który wywołał dyskusję zarówno wśród moich znajomych, jak i na grupkach poświęconych OFF Festivalowi. Earl Sweatshirt rozczarował tych, którzy liczyli na widowiskowe, pełne energii raperskie show, ale zachwycił słuchaczy ceniących technikę, charakterystyczne flow i brak scenicznego „pajacowania”.
Przyznaję, że po około pół godzinie koncert zaczął robić się nieco monotonny, a największą frajdę czerpali z niego najwierniejsi fani, którzy znali każdy wers na pamięć. Mimo to trudno nie docenić faktu, że w czasach, gdy wielu raperów rapuje na żywo niewiele, opierając występy na playbacku lub podkładach z mocno wyeksponowanym wokalem, Earl pozostaje wierny swojej formule. Podkłady były całkowicie pozbawione ścieżek wokalnych, a cała odpowiedzialność za koncert spoczywała na nim.
Nie przyjechał robić spektaklu. Przyjechał opowiadać historie – za pomocą charakterystycznego flow, precyzyjnej nawijki i emocji. I właśnie to dostaliśmy.

The Flaming Lips
Po koncercie Flaming Lips docierały do mnie różne głosy. Jedni zachwycali się i cieszyli, że zespół wrócił na offa po szesnastu latach nieobecności, inni marudzili i mówili, że wytrzymali tylko chwilę, bo
czuli się znudzeni. Czy powtarzanie przez Wayne’a KEEP GOING KEEP GOING THANK YOU THANK YOU THANK YOU WE LOVE YOU WE LOVE YOU WE LOVE YOU było dobrze zaplanowanym memem? Tego raczej się nie dowiemy, ale na pewno wywołało żywą dyskusję wśród tych, którzy usłyszeli przynajmniej jedną pętlę którejś z wymienionych fraz. Ja oczekiwałam balonów i konfetti
– dostałam balony i konfetti. Z czystym sercem mogę powiedzieć, że różowe roboty robiły na mnie wrażenie i ogromnie zazdroszczę osobom, które „zajmowały się” nimi z ukrycia (niemniej cieszę się, że i tym razem Yoshimi wygrała). Przed ich koncertem znajomy spytał mnie, co oni właściwie grają, bo nigdy ich nie słuchał. I cóż..
Miałam problem z udzieleniem jednoznacznej odpowiedzi. Flaming Lips potrafią być bardzo popowi i „chwytliwi”, ale obok tych wpadających w ucho piosenek jest sporo eksperymentów, czerpania z różnych gatunków i ciekawych aranżacji. Trudno więc wrzucić ich do jednej szufladki – choć rozumiem, że dla części osób ta bardziej popowa strona może być odstraszająca. Mimo to – może dlatego, że stałam w miejscu, gdzie ludzie śpiewali całe teksty i wydawali okrzyki, a może dlatego, że pewne okoliczności sprawiły, iż przez ostatnie tygodnie w moim bliskim otoczeniu Flaming Lips pojawiali się wyjątkowo często – mnie się podobało. Czy przesłuchałabym 20 płyt tego zespołu z własnej woli? Niekoniecznie. Czy zgodzę się, że są kiczowaci, niekiedy cringowi i że dla wielu osób może to przekraczać jakąś granicę? Jak najbardziej. Czy poszłabym jeszcze raz i znów schowałabym do nerki papierowego robota, który jako jeden z wielu wystrzelił ze sceny w formie konfetti? Oczywiście.

Los Thuthanaka
Trudno mi opisać, co właściwie wydarzyło się podczas tego koncertu. Nie wiem dokładnie, czego byłem świadkiem, choć wiem, że wydarzyło się tam coś wyjątkowego.
Los Thuthanaka nie wyrazili zgody na nagrywanie swojego występu, co tylko dodało koncertowi tajemniczości. Z zakulisowych informacji wynika również, że duet początkowo nie chciał wychodzić na scenę, ponieważ w hotelu został ich rytualny pas, bez którego – jak twierdzą – nie mogą zagrać żadnego występu. Jeśli rzeczywiście tak było, to tylko jeszcze bardziej podkreśla niezwykłą aurę tego koncertu.
Wcześniej nie do końca rozumiałem zachwyt nad ich albumem, który magazyn Pitchfork wyniósł na piedestał, uznając go za płytę roku 2025. Po tym występie wszystko stało się jednak jasne – ten wybór wydaje się absolutnie zasłużony, a duet braci gra muzykę z przyszłości. Za cholerę nie opowiem więcej, może za 20 lat zrozumiem i wrócimy do tematu.

Dzień 2
M(h)aol:
Historia powstania M(h)aol może wydawać się totalnie cool: Connie i Roisin poznały się w restauracji, w której obie pracowały, zakumplowały się, a pewnego dnia Connie goliła głowę koleżance i przy okazji zapytała, czy ta nie chce być w jej punkowym zespole. I chociaż Roisin nie należy już do obecnego składu, a na offie nie zobaczyliśmy również Zoe, która wcześniej grała na basie, trójka, która pozostała (Connie, Jamie i Sean) stworzyła na scenie eksperymentalnej klimat, którego równie dobrze moglibyśmy doświadczyć w dusznym, zadymionym klubie (takim, w którym chce się pozostać nawet pomimo braku powietrza i pocie spływającym strużką po plecach). Zespół przyjemnie wprowadził nas w sobotę, gdyż grał jako jeden z pierwszych; byli odpowiednio głośni, autentyczni, punkowi i swobodni. Polecamy prześledzić ich teksty – bezpośrednie, zaangażowane i poruszające ważne tematy społeczne. – Z.S
Drabusheyka
Moja pierwsza myśl była dość sceptyczna: „Okej, kolejny polski nowoczesny raper, który będzie głównie darł mordę”. I faktycznie – przez pierwsze dziesięć minut koncertu właśnie to miałem w głowie. Jednak z czasem, a sam fakt, że spędziłem na tym występie więcej niż kwadrans, uznaję już za pewnego rodzaju wygraną, zacząłem dostrzegać w tym coś więcej. Coś zdecydowanie bardziej niejednoznacznego.
Drabusheyka ewidentnie jest osłuchany z tym, co robi. Inspiracje Playboiem Cartim słychać nie tylko w podkładach, ale również w sposobie budowania całego występu – chociażby dzięki obecności żywej gitary na scenie. W polskim rapie nadal nie jest to oczywisty zabieg, a sam ten fakt dodaje koncertowi muzycznej wartości.
Punkowa energia występu szybko udzieliła się publiczności. Oprócz pogo rozkręcanego przez młodszych uczestników zauważyłem również dwóch dorosłych mężczyzn, którzy postanowili rozwiązać swoje emocje w bardziej bezpośredni sposób – bijąc się po mordach na tyle, że jeden z nich później poszedł poskarżyć się ochroniarzowi.
A sam Drabusheyka? Zdecydowanie lepiej, że idzie w tę stronę niż w przeciwną. Patrząc na polskie koncerty rapowe na przestrzeni lat i przypominając sobie choćby występ Young Adisza, można stwierdzić, że w tym roku naprawdę mieliśmy szczęście do rodzimego rapu.
Einstürzende Neubauten
Największa legenda tegorocznej edycji – aż trudno uwierzyć, że zespół wystąpił na Scenie Leśnej. Einstürzende Neubauten to grupa, z którą zawsze miałem pewien problem, jeśli chodzi o przyswajalność ich albumów. Oczywiście jest to kwestia całkowicie subiektywna, ale tym bardziej zaskakujące było to, że już przy pierwszym utworze na żywo opadła mi szczęka i podniosłem ją dopiero po zakończeniu koncertu.
Występ Einstürzende Neubauten miał w sobie coś hipnotyzującego. Coś, co sprawiło, że publiczność zamilkła – trochę ze strachu, trochę z zachwytu. Było w tym coś pierwotnego i niezwykle intensywnego. Artystyczną wizję zespołu dopełniały instrumenty, które muzycy własnoręcznie konstruują z przedmiotów codziennego użytku. Rury PCV, metalowe elementy czy nawet wózek z hipermarketu potrafili zamienić w pełnoprawne, nastrojone instrumenty.
Z jednej strony zespół potrafił rozciągać swoje utwory, budować monotonię i hipnotyczne napięcie, ale nigdy nie prowadziło to do znużenia. Przez cały czas obecny był nerw i niepokój, w dużej mierze za sprawą basistki, która nadawała występowi dodatkowej intensywności. Z drugiej strony dynamika koncertu była ogromna – momenty ciszy przeplatały się z potężnymi wybuchami dźwięku, a wszystkie elementy brzmiały niezwykle precyzyjnie.
Jedyny niepochlebny komentarz, jaki usłyszałem po tym koncercie, brzmiał: „Nienawidzę tego języka”. Trudno jednak uznać to za zarzut wobec zespołu – szczególnie po takim pokazie muzycznej siły.

Arthur Verocai
Kolejna legenda, choć nie tak potężnego kalibru jak wspomniani wcześniej Niemcy z Einstürzende Neubauten. Historia Arthura Verocaia jest jednak niezwykle ciekawa. Brazylijski muzyk w latach 70. wydał swój debiutancki album, który niestety nie odniósł sukcesu, przez co artysta na długi czas porzucił rozwój swojej kariery muzycznej.
Na szczęście w latach 90. sytuacja zaczęła się zmieniać za sprawą producentów hip-hopowych, którzy odkryli jego debiut i chętnie sięgali po jego nagrania. Dzięki temu Verocai powrócił do aktywności artystycznej, a w 2002 roku wydał swój drugi album.
Koncert na OFF Festivalu zdecydowanie wygrywa w kategorii „najpiękniejszy i najbardziej wzruszający”. Muzyka Verocaia ma w sobie ogrom ciepła, ale jednocześnie nie brakuje jej rytmu i luzu – sporo tu funku, a niektóre motywy brzmiały wręcz jak intro do filmu o Jamesie Bondzie. Dzięki temu występ, mimo swojej emocjonalności, dawał też ogromne pole do swobodnej zabawy.
Momentami można było narzekać na zbyt niski poziom głośności, ale trudno oczekiwać innego efektu, gdy na scenie znajduje się cała orkiestra. W tym przypadku siła koncertu nie wynikała z głośności, lecz z atmosfery i niezwykłego muzycznego świata stworzonego przez Verocaia.
Chalk
Oddanie w sobotę sceny eksperymentalnej irlandzkim bandom było doskonałym ruchem, a sami Irlandczycy udowodnili, że ich duch na offie zagościł już na dobre. Poszłam na Chalk z myślą, że w połowie wyjdę zobaczyć Oklou, a nie tylko zostałam do końca, ale w dodatku ostatnie dwadzieścia minut spędziłam w pogo (czego kompletnie się nie spodziewałam). Trójka z Belfastu zgotowała nam solidny, punkowy rozpierdol – dla mnie był to chyba najbardziej energetyczny koncert tego dnia (ale ok, nie byłam na Chat Pile..). Gdy będziecie mieć wszystkiego dojść, koniecznie posłuchajcie Get Fucked. – Z.S

Oklou
Po koncercie Chalk należało szybko przenieść się na występ Oklou, której niestety nie zobaczyłem podczas tegorocznej Primavery – i był to zdecydowanie błąd. Choć hyperpop nie jest do końca moim światem, a jej albumy momentami potrafiły mnie nużyć, koncert całkowicie zmienił moje podejście do tej muzyki.
Nie chodziło nawet o samą oprawę wizualną, która była pomysłowa, oryginalna i bardzo wciągająca, ale przede wszystkim o sposób, w jaki Oklou przearanżowała swój materiał na potrzeby występu na żywo. Na albumach jej utwory są często bardziej delikatne, mniej perkusyjne i mniej nastawione na taneczność, skupiając się głównie na charakterystycznych hyperpopowych melodiach. Na scenie natomiast zyskały zupełnie nową energię – mocniejszą stronę rytmiczną i bardziej klubowy charakter, co o tej porze dnia i w festiwalowych warunkach było świetnym wyborem.
Dodatkowo zestawienie koncertów Chalk i Oklou świetnie pokazało, jak szeroki i różnorodny potrafi być OFF Festival. Oba występy można zaliczyć do muzyki elektronicznej, ale ich podejście do brzmienia, emocji i energii było zupełnie inne. To właśnie takie kontrasty najlepiej pokazują, jak wiele odcieni może mieć muzyka taneczna.

Young Lean & Bladee
Bardzo zaskoczył mnie brak większych tłumów podczas tego koncertu. Zarówno The Flaming Lips, jak i dzień później Johnny Marr czy Amyl & The Sniffers zgromadzili wyraźnie większą publiczność. Dziwi to tym bardziej, że już od wczesnych godzin popołudniowych było widać grupy młodych fanów, które przybyły na Young Leana i Bladee, zajmując miejsce pod sceną wiele godzin przed występem. Tym bardziej że festiwalowy weekend zakończył się przecież wyprzedanym karnetem.
Sam nigdy nie byłem wielkim fanem tej dwójki, ale koncert wypadł lepiej, niż się spodziewałem. Fani – z tego, co można było usłyszeć po występie – również nie mieli powodów do narzekań. Podobno nieco lepiej wypadł Young Lean, choć dla mnie obaj artyści zaprezentowali się solidnie. Ciekawszym doświadczeniem był jednak występ Bladee – głównie ze względu na to, że jego twórczość jest mniej obecna w szerokim obiegu, a sam koncert dawał możliwość zobaczenia innej strony tego nurtu.
Clams Casino
Drugi dzień festiwalu obfitował w legendy – tym razem mowa o jednej z najważniejszych postaci dla rozwoju trapu i wave’u. Wystarczy spojrzeć na listę artystów i albumów, przy których pracował Clams Casino – od A$AP Rocky’ego i A$AP Ferga po Mac Millera – aby zrozumieć, jak ogromny wpływ miał na brzmienie współczesnego rapu.
Swego czasu Clams znajdował się w ścisłej czołówce producentów i współtworzył estetykę, która na lata ukształtowała hip-hopową elektronikę. Miałem nawet okazję spotkać go w okolicach sceny głównej i zapytać, dlaczego tak rzadko pojawia się na żywo. Odpowiedział, że po prostu nie lubi być w centrum uwagi i zdecydowanie bardziej odpowiada mu rola producenta – człowieka stojącego za kurtyną.
Jeśli chodzi o sam set, miałem pewne obawy. Istniało ryzyko, że koncert będzie jedynie odtwarzaniem kolejnych utworów bez większego zaangażowania. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Clams Casino przywiózł ze sobą klimat muzyki wave’owej – gatunku, który przez lata nieco się zestarzał, ale właśnie dzięki temu jego występ miał wyjątkową atmosferę.
Co ważne, set nie opierał się wyłącznie na rapowych produkcjach. Producent zaprezentował również sporo instrumentalnych numerów, w tym własne kompozycje, pokazując, że jego twórczość wykracza daleko poza samą rolę autora podkładów dla raperów.

Dzień 3
Wednesday
Trudno mi dzisiaj uwierzyć w to, że w 2023 przesłuchałam Rat Saw God i uznałam, że chyba nie czuję tego zespołu.. Koncert Wednesday, który odbył się po zmianie timetable w niedzielę o godzinie 16:35, od
razu trafił do mojej tegorocznej topki. Karly Hartzman, I love you.. Nawet gdy między indie, noisem czy shoegazem słyszałam elementy country, czułam, że wszystko jest u nich na swoim miejscu; ich surowość, niechlujność i bezkompromisowość zaprezentowana na skąpanej w słońcu scenie leśnej kupiła mnie w całości. Poza tym w tekstach i muzie Wednesday czuję ból, melancholię czy smutek, ale też nadzieję i odpowiednią dawkę humoru, dzięki czemu można ich słuchać ze łzami w oczach, ale i poczuciem, że ostatecznie wszystko jakoś się ułoży (hope so). Warto dodać, że teksty piosenek w dużej mierze odnoszą się do doświadczeń z życia w Karolinie Północnej czy osobistych przeżyć Karly, a zanurzanie się w nich jest jak odrębna podróż, w którą serdecznie polecam Wam się udać. – Z.S

Johnny Marr
Pierwsza i chyba największa legenda tego dnia. Przyznam, że przed koncertem zupełnie go nie doceniałem. Przeglądając solowy materiał Johnny’ego Marra, miałem wrażenie, że wiele utworów jest dość wtórnych – jakby gitarzysta zatrzymał się w latach 80. i niczym archetyp wujka przyjechał do młodego pokolenia, żeby pokazać im, jak wygląda „prawdziwa muzyka”.
I trochę tak było, przynajmniej na początku. Gitarzysta i kompozytor The Smiths nie zaskoczył mnie pierwszymi utworami, ale z każdym kolejnym numerem udowadniał coś zupełnie innego. Pokazał, że nie jest artystą z wybujałym ego, a do grania koncertów podchodzi z dużą pokorą i bez zbędnego zadęcia.
Na szczęście Marr sięgnął po sporą część dorobku The Smiths, co dla wielu osób było najważniejszym punktem występu. Pojawił się również zupełnie niepotrzebny cover The Passenger Iggy’ego Popa. Po co? Tego chyba nikt do końca nie wie.
Ostatecznie muszę jednak przeprosić Johnny’ego Marra za moje niesprawiedliwe nastawienie przed koncertem. Udowodnił, że jego muzyka wciąż działa, a ogromna publiczność – prawdopodobnie największa podczas całego festiwalu – tylko potwierdziła, że legenda The Smiths nadal ma ogromną siłę przyciągania.

Saam Sultan
I tak dotarliśmy do największego rozczarowania festiwalu. Jest to tym bardziej przykre, że przed OFF Festivalem traktowałem Saama Sultana jako jedno z największych odkryć w line-upie. Jego EP-ka prezentowała bardzo profesjonalne, nowoczesne R&B, momentami przeplatane rapem. Widziałem również nagrania z występów, na których grał z zespołem, więc nic nie zapowiadało tego, co wydarzyło się na scenie.
Niestety, koncert okazał się ogromnym zawodem. Sultan wystąpił z DJ-em, spacerował po scenie i sprawiał wrażenie, jakby jedynie udawał śpiewanie. Problem w tym, że robił to wyjątkowo nieudolnie. Najbardziej absurdalny moment nastąpił wtedy, gdy w jednej ręce trzymał mikrofon, a w drugiej wodę – podczas picia mikrofon znajdował się wyraźnie z dala od jego ust, a mimo to artysta nadal poruszał wargami, jakby wykonywał partię wokalną.
Był to jeden z najgorszych występów, jakie widziałem na OFF Festivalu od bardzo dawna. I tym bardziej szkoda, bo materiał studyjny pokazywał zupełnie innego, znacznie bardziej obiecującego artystę.
Nu Genea
Wiecie, bez czego nie ma dla mnie offa? Bez składu, dzięki któremu można potańczyć i poczuć się trochę jak na festynie (ale nie takim jak na polskiej wsi, ale raczej w wersji z południa Europy). Rozumiem ludzi, którym nie podobało się Nu Genea, ale dla mnie ten czas stworzył idealne warunki do odblokowania stawów. Dziękuję za to piękne italo disco. – Z.S.
Deafheaven
Kiedy jedenaście lat temu Deafheaven wydali album Sunbather, z miejsca zostali okrzyknięci objawieniem metalu, a szczególnie nurtu blackgaze. Zespół, który sam nie utożsamia się bezpośrednio z metalową kulturą, choć muzycznie czerpie z niej pełnymi garściami, szybko stał się również obiektem krytyki i pośmiewiskiem części metalowej społeczności.
Dekadę później Deafheaven wrócili na OFF Festival i tylko potwierdzili swoją mocną pozycję w świecie ciężkiej muzyki gitarowej. „Rozpierdol” to może nieeleganckie słowo, ale w przypadku tego koncertu wyjątkowo dobrze oddaje jego istotę. Na scenie panował nieustanny chaos – gęsty dym, pełen emocji scream George’a Clarke’a i potężna ściana gitar, która jedynie momentami była przerywana bardziej lirycznymi, delikatnymi partiami.
Ogromne wrażenie zrobiło również nagłośnienie. Nie mam pojęcia, jaki magik odpowiadał za dźwięk tego występu, bo przy takiej intensywności i ilości warstw musiało to być wyjątkowo trudne zadanie. Mimo to każdy element był czytelny – od miażdżących gitar po najmniejsze szczegóły aranżacji.
Deafheaven pokazali, że po latach od premiery Sunbather nadal potrafią wywołać dokładnie te same emocje: zachwyt, dezorientację i absolutne pochłonięcie przez dźwięk.

Sunny Day Real Estate
Nie wiem, czy to kwestia tego, że chwilę wcześniej wyszedłem z koncertu Deafheaven, ale po Sunny Day Real Estate oczekiwałem równie mocnego gitarowego uderzenia. Tymczasem po wejściu pod główną scenę od razu poczułem różnicę – zespół grał z dużo mniejszą intensywnością niż to, czego chwilę wcześniej doświadczyłem na Scenie Leśnej.
Podobnie wyglądała sytuacja z publicznością. Tłum był wyraźnie mniejszy, co wiele osób tłumaczyło tym, że Sunny Day Real Estate nigdy nie zbudowali w Polsce dużej bazy fanów. Pojawiały się nawet informacje, że podczas europejskiej trasy potrafili grać dla niespełna 200 osób, choć trudno traktować to jako pełny obraz popularności zespołu.
Mimo tego na scenie było widać, że muzycy świetnie bawią się własnymi utworami i czerpią dużą radość z grania. Technicznie trudno było im cokolwiek zarzucić – wszystko brzmiało bardzo solidnie, a wokal Jeremy’ego Enigka udowodnił, że przez lata praktycznie nic nie stracił ze swojej siły.
Może nie był to koncert tak spektakularny i miażdżący jak poprzedni występ, ale Sunny Day Real Estate pokazali klasę zespołu, który po latach nadal potrafi wiarygodnie wykonywać swój materiał.

LSD and the Search for God
Czekałam na koncert LSD & the Search for God, myśląc o nim jako o pięknym, romantycznym domknięciu całego festiwalu. Z drugiej strony przez długi czas jakaś część mnie nie mogła uwierzyć, że te shoegazowe legendy w ogóle dotrą do Katowic – w końcu miał być to ich pierwszy koncert na polskiej ziemi. Chyba każdy miłośnik shoegaze’u liczył, że ten koncert będzie odpowiednio głośny… Niestety nagłośnienie zawiodło – zdecydowanie było coś nie tak z wokalami, a zamiast gitar słyszałam głównie bębny. Oczekiwany eteryczny spektakl domykający offa zamienił się w przykry obrazek, z którym trudno było mi się pogodzić, więc mniej więcej w połowie uznałam, że wolę opuścić scenę i spróbować wyprzeć fakt, jak bardzo zmarnowano potencjał tego koncertu. Ogromnie żałuję, bo nie wiadomo, czy jeszcze kiedyś ich zobaczymy..

