W tym roku OFF Festival dowozi w sposób niesamowity. Oferuje dokładnie to co powinien od legendarnych headlinerów po nowoczesną elektronikę, undergroundowy rap, przez metal, shoegaze, Afrykę, aż po muzykę eksperymentalną. A to i tak jakiś losowy procent tegorocznego line upu.
10. Los Thuthanaka

Na temat tego duetu pisano różne rzeczy, ale chyba nikt nie potrafił w pełni i całościowo opisać, z czym mamy do czynienia. Ja też nie. Podobno zrozumiemy to dopiero za jakieś 20 lat. Rzadko w dzisiejszych czasach zdarza się kawałek tak ciężkiej muzyki, który jednocześnie jest fascynujący. Po kilku odsłuchaniach ich debiutu sam nie wiem, co ostatecznie o tym myśleć, ale tak właśnie bywa z objawieniami. Skoro album jest TAKI, to jaki będzie koncert…?
9. Deafheaven

Pamiętam, że ich pierwszy koncert na OFF Festivalu był sporym wydarzeniem. Ich drugi album z miejsca stał się legendą alternatywnego metalu, dzięki czemu zespół wywindował na sceny największych festiwali. Dziś zasłużenie cieszą się wysokim statusem, choć wciąż pojawiają się różne opinie na temat ich shoegaze’owych romansów. Pewne jest jednak to, że na ich koncertach nie unikniemy głośnych gitar, metalowego brzmienia i solidnego „darcia mordy”.
8. LSD and the search for god

A propos shoegaze’u — na tegorocznym OFF Festivalu nie ma go zbyt wiele. W zasadzie jedynym mocniejszym punktem jest LSD and the Search for God, amerykański zespół, który ma na koncie EP-kę z 2007 roku, uznawaną do dziś za jedno z najlepszych wydawnictw gatunku z lat 2000. Po swoim debiucie zespół zniknął, by po dziesięciu latach wrócić z kolejną EP-ką i ponownie zamilknąć. To ciekawy przykład grupy, która w ciągu ponad dwudziestu lat wydała zaledwie kilka utworów, a mimo to osiągnęła status kultowy. W tym roku to oni zamkną festiwal — i będzie to z pewnością głośne zakończenie.
7. Wednesday

Ich nadejście na tegorocznego OFF Festivalu było zapowiadane już przy okazji zeszłorocznego występu MJ Lenderman. Co prawda MJ nie koncertuje z Wednesday (podobno konflikt z wokalistką się zaostrzył), ale wciąż jest pełnoprawnym członkiem zespołu i uczestniczy w nagraniach oraz współtworzeniu kompozycji. I owszem — szkoda, że nie zobaczymy go na żywo z macierzystą formacją. Jednak nawet bez niego Wednesday to wciąż bardzo mocny zespół, który mocno namieszał na amerykańskiej scenie indie.
6. Clams Casino
Młodsi słuchacze trapu mogą nie pamiętać, jak bardzo nowatorski był Clams Casino i jak wielką inspiracją stał się dla producentów z „złotego” okresu trapu i cloud rapu. Choć Clams Casino nie jest dziś tak aktywny jak kiedyś, wciąż pozostaje jednym z cichych, ale kluczowych graczy na scenie producenckiej i ma na koncie niejeden wpływowy utwór. Jego występy są też raczej rzadkością, dlatego tym bardziej warto sprawdzić, w jakiej jest koncertowej formie.
5. Sunny Day Real Estate

Niemal co roku pojawia się jakaś legenda — czasem starsza, czasem młodsza, ale jednak legenda. Co prawda w tym zestawieniu znajdziecie ich więcej niż jedną, ale w kontekście OFF Festivalu to właśnie Sunny Day Real Estate zasługuje na to miano najbardziej. Jedna z ikon Seattle lat 90., kojarzona przede wszystkim z post-hardcore’em, ale siłą rzeczy również z grunge’em. Zespół co jakiś czas powraca — czy to z nowym materiałem, czy koncertami — jednak pozostaje przede wszystkim kwintesencją brzmienia tamtej dekady. Nie dziwi więc ich status w programie festiwalu (oficjalnie headlinerem jest jednak Amyl and the Sniffers).
4. Earl Sweatshirt

Trochę prywaty, bo to jeden z moich ulubionych raperów. Od czasu wydania „Some Rap Songs” status Earl Sweatshirt diametralnie się zmienił. Niegdysiejszy reprezentant Odd Future, kojarzony z rapem dla alternatywnych licealistów, stał się jednym z najważniejszych głosów undergroundowego rapu. Jego melorecytacyjne flow oraz abstrakcyjne, często poszarpane bity mocno odbiegają od tego, co dominuje w mainstreamie. Earl jest też częścią nowej fali raperów reinterpretujących oldschool w świeży, autorski sposób — obok takich artystów jak MIKE — ale trudno nie odnieść wrażenia, że to on najpełniej definiuje ten nurt.
3. Arthur Verocai

Chciałoby się powiedzieć, że to historia jednej płyty. W latach 70. Arthur Verocai wydał swój wiekopomny, self-titled album, który nie sprzedał się najlepiej, co w praktyce doprowadziło go do wycofania się z muzyki. Po dwóch dekadach krążek zyskał status kultowego — stał się prawdziwą perłą dla producentów rapowych, którzy masowo go samplowali. Jeśli ktoś jest zaznajomiony z oldschoolową (i nie tylko) sceną hip-hopową, z pewnością rozpozna w tej płycie wiele melodii, które zasilały niejedną klasyczną nawijkę MC. Po tym odrodzeniu zainteresowania Verocai wrócił do komponowania i od 2002 roku nagrał jeszcze kilka albumów. Biorąc pod uwagę, że wystąpi wraz z AUKSO Orkiestra Kameralna Miasta Tychy, szykuje się wydarzenie na absolutnie mistrzowskim poziomie.
2. Einstürzende Neubauten

Kolejna legenda, której obecność na OFF Festivalu była wyczekiwana ze wszech miar. Aktywni od 1980 roku, Einstürzende Neubauten od samego początku wyróżniali się podejściem do tworzenia muzyki — instrumenty budowane przez samych muzyków w połączeniu z industrialnym charakterem brzmienia dają wyjątkowy, często wręcz performatywny efekt wizualny podczas koncertów. Muzyka industrialna ma wiele twarzy: mainstreamową w postaci Marilyn Manson, stadionową w wydaniu Rammstein czy alternatywną reprezentowaną przez Nine Inch Nails. Jednak to właśnie Einstürzende Neubauten pozostają jednymi z jej faktycznych ojców założycieli. Jedynym argumentem, który sprawia, że nie są na pierwszym miejscu tego zestawienia, jest fakt, że koncertują w Polsce relatywnie częściej. P.S. To, że nie grają na głównej scenie, jest absurdem.
1. The Flaming Lips

Ci, którzy pamiętają rok 2011, wiedzą, z jakimi cudownymi wariatami mamy do czynienia. The Flaming Lips nigdy nie byli w Polsce szczególnie popularni, ale mają grono wiernych fanów, którzy śledzą każdy ich ruch — a jest co śledzić, bo Wayne Coyne i spółka to wyjątkowo nieprzewidywalny twór. Na OFF Festivalu zagrają swój drugi najpopularniejszy album, Yoshimi Battles the Pink Robots, który jest esencją popu wczesnych lat 2000. Nie chodzi tu tylko o chwytliwe melodie i słodko-gorzkie teksty, ale też o brzmienie i produkcję, która daje wrażenie, jakby cały album był zrobiony z gumy — trudno to inaczej opisać. Wayne Coyne jest absolutnie kluczową postacią tego projektu, a choć sam albumowo bliżej mi do The Soft Bulletin czy Embryonic, to i tak zapowiada się koncert, który trudno będzie potraktować obojętnie.
