Tauron Nowa Muzyka 2025 – Relacja

Tauron Nowa Muzyka 2025 – Relacja

Tegoroczna edycja festiwalu Tauron Nowa Muzyka była już dwudziestą – to naprawdę szmat czasu. W muzyce oznacza to zmieniające się mody, trendy, brzmienia, wzloty i upadki. Przez lata Tauron był niczym święty Mikołaj, wujek z Ameryki, który przynosił nam artystów uznawanych w świecie alternatywy za bogów – lub takich, którzy dopiero mieli nimi zostać. Moderat, Bonobo, a nawet Tyler, the Creator – dziś to topowe nazwiska.

To, co kocham w tym festiwalu najbardziej, to jego nieprzewidywalność i odważne łączenie artystów z zupełnie różnych światów. Beach House, Gang Gang Dance, Jamie Lidell, Kelis – przez lata pojawiały się na scenie nazwiska, które z elektroniką miały niewiele wspólnego. I bardzo dobrze! Ta różnorodność sprawia, że nie sposób się znudzić – kiedy masz dość tańczenia, idziesz na coś bardziej kameralnego, by po prostu posłuchać koncertu.

Niektórzy zarzucają festiwalowi, że przy tak zróżnicowanym line-upie trudno wskazać jego tożsamość – że jest „dla nikogo”. Po koncercie TV on the Radio usłyszałem głosy, że to świetny zespół, bardzo dobry koncert, ale zupełnie nietauronowy – bardziej pasujący na OFF Festival. Sam miałem chwilami wrażenie, że OFF i Tauron gdzieś się „zamienili” – a transfer Jamesa Blake’a mógłby się okazać korzystny dla obu imprez. Ale jako weteran obu festiwali uważam, że właśnie w tej nieoczywistości zawsze tkwiła siła Taurona.

Od kilku lat widać jednak, że organizatorzy stawiają na sprawdzone rozwiązania – techno i artystów, którzy już wcześniej się sprawdzili. I potrafię to zrozumieć. Jeśli festiwal nadal otrząsa się po pandemicznych zawirowaniach, potrzebuje lojalnej publiczności i bezpieczniejszych decyzji. To może dać mu w przyszłości przestrzeń na bardziej ryzykowne ruchy i eksperymenty programowe.

Sam liczyłem na nieco bardziej zróżnicowany line-up, ale muszę przyznać, że samo przemieszczanie się między scenami dawało sporo radości. Muzeum Śląskie to absolutnie wyjątkowe miejsce – jego przestrzeń robi ogromne wrażenie i wzmacnia festiwalowe doznania. W przerwach między koncertami często trafiałem pod nową scenę Bassota, gdzie DJ-e grali przekrój muzyki basowej – od trapu i dubstepu, po totalnie undergroundowe brzmienia, jak footwork czy kuduro.

       

Piątek

Piernikowski

Po zakończeniu działalności legendarnego już duetu Syny, Robert Piernikowski skupił się na bardziej instrumentalnym charakterze swojej twórczości – i taki właśnie jest jego ostatni album Beyond Echo of Time. To materiał oparty na charakterystycznych dla niego melodiach, oldschoolowych brzmieniach syntezatorów i zapętlonych arpeggiach. I właśnie te ostatnie elementy były podczas koncertu wyeksponowane najmocniej – momentami wręcz zbyt mocno.

Przerzucanie jednego motywu z jednej warstwy brzmieniowej do drugiej niestety nie przyniosło oczekiwanego efektu. Po około 20 minutach całość zaczynała nużyć.

Trzeba jednak przyznać, że sama oprawa wizualna robiła ogromne wrażenie – jak przystało na Piernikowskiego, było mnóstwo dymu, ciemności i subtelnych, pomarańczowych świateł. Całość miała mistyczny klimat, ale jednocześnie brakowało tego średniowiecznego nastroju, który również bywa znakiem rozpoznawczym artysty i który mógłby urozmaicić ten nieco monotonny występ.

6,5/10

Asthma

Tym razem postanowiłem sprawdzić występ Asthmy – cenionego przez wielu przedstawiciela nowej fali rapu. Zarówno jego twórczość, jak i sam koncert stanowiły swego rodzaju przekrój pokoleniowy. Wczesne albumy, zarówno brzmieniowo, jak i tekstowo, mocno osadzone są w oldschoolowym rapie, podczas gdy jego najnowszy krążek opiera się niemal wyłącznie na nowoczesnym, trapowym brzmieniu. Setlista obejmowała więc cały ten wachlarz – klimat zmieniał się z kawałka na kawałek.

Niestety, sam Asthma oraz towarzyszący mu DJ – a właściwie Wuja HZG, znakomity basista – nie dowieźli tego koncertu tak, jak miało to miejsce kilka lat temu na OFFie, gdy raper występował z pełnym, punkowym składem. Zastanawiałem się, czy to wina nowego albumu, który zarówno brzmieniowo, jak i tekstowo wypada znacznie słabiej od poprzednich. Ostatecznie jednak niezależnie od utworu, Asthma wydawał się być w przeciętnej formie – a podobnie letni był odbiór ze strony publiczności.

6/10

Latarnik & Anthony Mills

Pierwszy naprawdę ważny punkt tegorocznego line-upu. Słuchając płyty Crack Rock, można odnieść wrażenie, że koncert będzie jedynie klasycznym live actem opartym na samplach. Na szczęście Latarnik – wybitny jazzman i producent – doskonale wiedział, jak wiele potencjału drzemie w tym materiale i jak bardzo zyska on w towarzystwie żywego zespołu. Całe szczęście, że zdecydował się właśnie na takie rozwiązanie!

Koncert był znakomity pod każdym względem. Po pierwsze – odbywał się na scenie amfiteatru, pod gołym niebem, co samo w sobie nadawało mu wyjątkowy klimat. Po drugie – muzycznie była to chyba jedyna okazja na festiwalu, by usłyszeć bardziej soulowe i R&B-owe brzmienia. Po trzecie i najważniejsze – wszystko zostało zagrane absolutnie perfekcyjnie.

To, co miało pozostać elektroniczne względem oryginału, zostało odegrane na samplach. Ale tam, gdzie powinna pojawić się żywa energia, dostaliśmy pulsującą perkusję i jazzujące, improwizujące klawisze. No i głos Anthony’ego Millsa – z niesamowitym zakresem, od wysokiego falsetu po głęboki bas.

Bez dwóch zdań – absolutna topka tej edycji.

8/10

Tv On The Radio

ich koncert okazał się nie tylko najważniejszym momentem tego dnia, ale, przy całym szacunku dla Underworld, prawdopodobnie najlepszym występem całej edycji festiwalu. Być może to efekt dziesięcioletniej nieobecności na scenie, ale TV on the Radio przyjechali napakowani energią, którą wylali na scenę bez żadnych zahamowań. Mimo że reakcja publiczności była początkowo dość stonowana, zespół dał z siebie absolutny ogień – dawno nie widziałem tak intensywnego występu.

A przecież trudno, żeby było inaczej, mając takiego lidera. Tunde Adebimpe to może nie Karl Hyde, ale jego energia, entuzjazm i ekspresyjne ruchy sceniczne robiły ogromne wrażenie. Setlista była skonstruowana tak, że przeprowadziła mnie przez pełne spektrum emocji – od wzruszenia, przez pogo, po absolutne oszołomienie… i z powrotem do wzruszenia.

Choć uważam, że ich dwa pierwsze albumy to bezdyskusyjnie najlepszy materiał, a późniejsze to po prostu „dobre piosenki”, to na żywo nawet te mniej porywające utwory zabrzmiały świeżo, mocno i znacząco – nabrały życia i głębi, której czasem brakowało im na nagraniach studyjnych.

Niestety, nagłośnienie momentami szwankowało – przez chwilę trudno było rozpoznać niektóre kawałki. Na szczęście charakterystyczny, mocarny wokal Adebimpe szybko przywracał porządek i kierował uwagę z powrotem na kompozycję.

Najmocniejsze momenty? Zdecydowanie „Wolf Like Me”, „Staring at the Sun” i „Dreams” – w tych utworach TV on the Radio pokazują swoją klasę. Z jednej strony są melodyjni, przebojowi, a z drugiej – ich brzmienie jest niepodrabialne, nie do ruszenia.

9/10

Mermaid Chunky

Na ten duet trafiłem zupełnym przypadkiem – i właśnie takie momenty są na festiwalach najcenniejsze. Nie miałem żadnych oczekiwań ani przygotowania, dlatego trudno mi nawet jednoznacznie określić, co dziewczyny właściwie grają. Z jednej strony dostaliśmy proste, surowe perkusjonalia wybijane na samplerze i coś w rodzaju melorecytacji, a z drugiej – zaskakująco solidne solo na saksofonie i ciekawe, różnorodne bity, które wzbogacały brzmienie.

Najważniejsza wydawała się tu jednak zabawa formą. Dziewczyny z Mermaid Chunky zaprezentowały swoje muzyczne umiejętności z dużym dystansem i wyczuciem humoru, co dodało występowi lekkości i świeżości. Niecodzienny, eklektyczny set, który zostaje w głowie – zwłaszcza dlatego, że niczego się po nim nie spodziewałeś.

7/10

Floating Points

Floating Points na Tauronie to już niemal tradycja. Od czasu debiutanckiego albumu z 2015 roku regularnie zasila line-up festiwalu, zyskując status swoistego festiwalowego demiurga. O ile wcześniejsze jego występy miały bardziej zachowawczy charakter – koncentrowały się na strukturze i brzmieniu znanym z płyt – to w tym roku Floating Points całkowicie odpłynął w rejony abstrakcji, eksperymentu i sound designu.

Bywało to momentami męczące, ale też często zaskakujące. Dla osób zajmujących się produkcją muzyki był to prawdziwy majstersztyk – rodzaj dźwiękowej układanki, w której co chwilę rodziło się pytanie: „Jak on to, do cholery, zrobił?!”. Przykładowo: dźwięk stopy przemieszczał się w wyższe rejestry, był wydłużany, rozciągany, kurczony – aż w pewnym momencie stawał się częścią melodii.

Co ciekawe, te zabawy nie wydawały się zaplanowane w strukturze setu – miały charakter improwizacji. Floating Points tak bardzo skupiał się na manipulacji dźwiękiem, że chwilami sprawiał wrażenie, jakby sam musiał sobie przypomnieć, że wypadałoby w końcu „zrzucić” jakiś drop.

Była to intelektualna gra z formą, swoisty nowy rozdział w muzyce IDM. Choć trzeba uczciwie dodać – wiele z tych pomysłów mogłoby zabrzmieć jeszcze pełniej, gdyby zostały zagrane z udziałem żywego zespołu.

7.5/10

Brassers

Największe odkrycie i absolutne zaskoczenie dnia. Co prawda znałem już ich materiał z nagrań, ale nie miałem pojęcia, że w formule koncertowej – i to o godzinie 2:30 w nocy – będą aż tak porażająco dobrzy. Brassers to dziewięcioosobowy zespół, w większości złożony z muzyków grających na instrumentach dętych, wykonujących delikatne techno. Dla mnie sam pomysł brzmi jak recepta na zespół, który mógłby się pojawić na jakiejś przeciętnej, marnej imprezie w Kołobrzegu, przez co miałem delikatne uprzedzenia.

Tym większe było moje zdziwienie, kiedy podszedłem pod scenę. Dziewięć osób. Na żywo. O drugiej trzydzieści w nocy. Niektóre zespoły mają problem zebrać się w czwórkę na próbę, a tutaj pełna dyscyplina i organizm działający jak jeden dobrze naoliwiony mechanizm.

Brassers zagrali jeden z najlepszych koncertów całej edycji – z energią, precyzją i pomysłem. A co najważniejsze: o tej godzinie przebili wszystkich DJ-ów techno, którzy grali wokół wciąż te same patenty. To była żywa, odświeżająca alternatywa, która totalnie zaskoczyła i – co najważniejsze – porwała.

7,5/10

Sobota

Hoshi:

Ten stosunkowo młody zespół jazzowy coraz śmielej zdobywa polską scenę, mając na koncie współpracę z wieloma polskimi wokalistami i raperami. W swojej twórczości delikatnie kontynuują tradycję młodego pokolenia jazzmanów, zapoczątkowaną przez EABS, udowadniając, że jazz wciąż może być naprawdę „cool”. Choć ich brzmienie jest bliższe bardziej przystępnym, nowoczesnym formom à la BadBadNotGood niż klasycznym jazzowym eksperymentom, na żywo nie unikają delikatnych improwizacji, które dodają ich materiałowi nowych, nieoczekiwanych barw.

To był jeden z piękniejszych koncertów tej edycji – idealny moment, gdy ludzie leniwie schodzili się na festiwal po kacu dnia poprzedniego. Hoshi przypomnieli mi, że jedną z najlepszych rzeczy na festiwalu jest po prostu usiąść na trawie i pozwolić muzyce płynąć.

7.5/10

Etnobotanika

Kolejne polskie odkrycie, a być może najważniejsze odkrycie tegorocznej edycji. Duet stworzył piękny, niepowtarzalny świat, pełen hip-hopowych bitów, IDM-u, ambientu oraz sampli pochodzących z polskich programów naukowych. Przesłuchałem ich oba albumy na kilka tygodni przed koncertem i byłem ogromnie ciekaw, jak te ambientowe pejzaże i nietaneczne, abstrakcyjne brzmienia zostaną przełożone na żywy występ.

W koncercie postawili na taneczność, dodając do każdego utworu house’ową perkusję, przez co ta bardziej abstrakcyjna twarz Etnobotaniki delikatnie zniknęła na rzecz rytmu. Mimo to był to jeden z najlepszych tanecznych setów całego Taurona, przede wszystkim dlatego, że nie próbowali na siłę „wpierdolić” publiczności swych brzmień, lecz umiejętnie i z wyczuciem wciągali ją w swoje muzyczne uniwersum.

7/10

Zamilska

Kiedyś nazywano ją „królową techno”, co dla mnie było trochę niezrozumiałe. Po jej live actcie na Tauronie widać jednak, że ma do zaoferowania znacznie więcej. Zamilska zrobiła na mnie naprawdę dobre wrażenie, przede wszystkim dzięki różnorodności. To właśnie przez tę łatkę „królowej techno” bałem się, że znów wpadnę w jednostajną nudę, ale na szczęście pokazała więcej niż jedną twarz.

Oprócz techno było zdecydowanie więcej muzyki basowej i bardziej połamanej rytmiki, choć wciąż tanecznej, a paleta brzmieniowa zmieniała się z utworu na utwór. Brak ciągłości kompozycyjnej znanej z typowych live actów sprawił, że jej występ miał raczej charakter koncertowy — robiła przerwy między kawałkami, często wiążące się ze zmianą tempa.

W ostatnim wywiadzie przyznała, że na scenie mocno improwizuje, dzięki czemu każdy jej występ jest nieco inny. Nie widziałem jej od wielu lat, ale po tym, co usłyszałem i zobaczyłem, wierzę, że każdy jej koncert to prawdziwe zaskoczenie.

7/10

Actress

Actress to postać pełna tajemnic. Podobną zagadką jest to, co zagra na żywo. Tuż przed festiwalem zastanawiałem się, czy pokaże coś ambientowego, eksperymentalnego, czy może jednak bardziej ghetto house, techno albo lo-fi. Choć nie zaskoczył mnie zupełnie, zagrał wyważony live act – powoli zaczynając, by z minuty na minutę coraz bardziej się rozkręcać.

Przeprowadził mnie dzięki temu przez cały zakres emocji – od stanu odpoczynku aż po mocniejsze, intensywne momenty. Obok Etnobotaniki była to chyba najbardziej tajemnicza forma tegorocznej edycji. Widać też wyraźnie, że jego inspiracje nowoczesną muzyką klasyczną znajdują ujście w setach, a on potrafi znakomicie połączyć świat awangardy z muzyką taneczną.

8/10

Underworld

Czekaliśmy na to niemal sześć lat. Gdy pod koniec 2019 roku ogłoszono, że Underworld będą headlinerem edycji 2020, wszyscy czuli, że to gwiazda, która musi pojawić się na tym festiwalu. Wiadomo, co było potem… Dziś można powiedzieć, że długie oczekiwanie naprawdę się opłaciło.

W jednym z wywiadów szef Taurona, Adam Godziek, stwierdził, że Underworld są w takiej formie, w jakiej jeszcze nigdy nie byli. Przyznam szczerze, że początkowo potraktowałem te słowa jak marketing, ale w połowie koncertu w pełni zrozumiałem, o co chodziło.

Duet zagrał sporo materiału z ostatniej płyty i mówiąc krótko – przypierdolił tak, że nie było czego zbierać. Zaczęli od dwóch hitów – „Dark Train” i „Two Months Off” – i już wtedy było czuć, że z jednej strony nie spieszą się, rozciągając utwory i powoli dokładając charakterystyczne melodie, a z drugiej nie patyczkują się – stopa uderzała mocno, synthy były agresywne, a wszystko okraszone solidnym przesterem.

Karl Hyde jest po prostu jedyny w swoim rodzaju. Co prawda na koncercie był bardziej zachowawczy niż w poprzednich latach, ale emanował taką aurą i potęgą, że nasuwało się tylko jedno określenie – giga chad. Jeśli miało to być moje ostatnie spotkanie z tym duetem, to właśnie tak go zapamiętam.

9/10