Zmarli raperzy wiecznie żywi

Zmarli raperzy wiecznie żywi

Dzień Wszystkich Świętych zbliża się, a wraz z nim czas zadumy i refleksji. Refleksje te dotyczą także muzyki oraz artystów, których nie ma pomiędzy nami, a którzy poprzez wydane albumy zaznaczyli swoją obecność na wieki wieków amen. Zadajecie sobie pewnie pytanie: Dlaczego na warsztat bierzemy tylko raperów, a nie muzyków z różnych gatunków? Ciężko mi w sumie odpowiedzieć obiektywnie. W jakiś dziwny sposób muzyka zmarłych kojarzy się nieodzownie z raperami, to oni najszerzej wykorzystują skrót R.I.P i to oni robią wszystko by nie zapomnieć o swoich braciach z branży. Tak więc i my oddajemy hołd zmarłym rapsom!

 

Guru (ur. 17 lipca 1961, zm. 19 kwietnia 2010)

W 1988 wraz z Dj’em Premierm założył legendarny już duet Gang Starr, który do dziś uważany jest za jeden z kanonicznych dla gatunku. Formacja mimo swojej nazwy nie promowała agresji czy gangsterki, nawet ulubione słowa każdego rapera zaczynające się na ‚B’ oraz ‚F’ nie padały tutaj z taką częstotliwością jak u innych. Swego czasu był to mój ulubiony raper, uwielbiałem jego charakterystyczny chrypliwy głos, miękki i delikatny przekaz, który był trzonem takiego klasyka jak „Step In The Arena„. Jednak oprócz macierzystej formacji, zasłużył się muzyce poprzez wydanie całej serii albumów „Jazzmatazz”, na których w niespotykany sposób tworzył hybrydy jazzu i rapu, dlatego też śmiało można go nazwać pionierem w łączeniu tych gatunków. Niestety, Guru padł ofiarą choroby cywilizacyjnej jaką jest rak. W ostatnim liście napisał: „Walczyłem z rakiem przez ostatni rok. Próbowałem wszystkich możliwych medycznych środków. Piszę te słowa ze łzami w oczach, jednak nie z powodu cierpienia, ale wspominając cudowne życie, jakie miałem i wszystkie wspaniałe osoby, jakie miałem przyjemność poznać.”

 

Eazy E(ur. 7 września 1963, zm. 26 marca 1995)

Eazy jest najbardziej znany jako lider N.W.A – grupy, która zapoczątkowała gangsta rap i chyba w ogólne hip hop na taką skalę, wprowadzając gatunek na rock’n’rollową ścieżkę wyrażania siebie, a w szczególności swojego niezadowolenia do otaczającej rzeczywistości. Eazy miał żyłkę do interesów dzięki czemu, z jednej strony N.W.A osiągnęli sukces międzynarodowy, a z drugiej strony rozpadli się przez domniemane oszustwo Eazy’ego i nieuczciwy podział pieniędzy. Wielu zarzucało mu braki w technice nawijania i średnim flow, ale to właśnie były czynniki, które wraz z jego wysokim głosem dodawały mu niesamowitego uroku. Posłuchajcie tylko drugiej zwrotki utworu „Approach To Danger„, gdzie według mnie, Eazy osiąga absolutny szczyt swoich możliwość i naprawdę brzmi jak zza grobu. Oprócz tego nagrał album, który jest w całości dissem na Dr. Dre, tuż po jego odejściu z N.W.A., a Any Last Wordz to najbardziej bujający track z płyty i jeden z lepszych jakie w hip hopie słyszałem.

 

Adam Yauch(ur. 5 sierpnia 1964, zm. 4 maj 2012)

Na pewno każdy z Was miał czy to w szkole czy to na osiedlu, ziomków, którzy byli uznawani za super cool gości. Byli jajcarzami i każdy chciał się z nimi kumplować. Nie do końca wiadomo dlaczego poziom ich zajebistości był tak wysoki, po prostu się z tym urodzili –  i tak właśnie było z Beastie Boys, którzy byli tak super, że nawet nie musieli być czarni żeby rapować i osiągnąć w tej grze ogromny sukces. Wydawało się, że są nieśmiertelni, że nie dotykają ich problemy, że postawa dionizyjska jest sensem życia i udaje się ją realizować. Jednak niestety w 2009 roku Adam poinformował o swoich problemach zdrowotnych jakim był rak gruczołu ślinowego, a trzy lata później po nagraniu ósmej umiarkowanie dobrej płyty, zmarł. B-Boysi byli geniuszami, a Yauch pozostawił po sobie nie tyko rap, ale także piosenki i świetne instrumentale, które tworzył wraz z zespołem.

Notorious B.I.G.(ur. 21 maja 1972, zm. 9 marca 1997)

Ol’ Dirty Bastard(ur. 15 listopada 1968, zm. 13 listopada 2004)

Kurde. nie wiem od czego zacząć. ODB to z pewnością największy pojeb z wymienionych tu raperów, prawdopodobnie największy Bastard jakiego widziała rap gra i dzięki temu niesamowicie barwna postać. Jego konflikty z prawem przeszły już do legendy, znany był z tych mniejszych wykroczeń jak: Jazda bez dokumentów, posiadanie narkotyków, noszenie kamizelki kuloodpornej, niepłacenie alimentów dla dzieci, których miał trzynaścioro czy(moje ulubione) kradzież butów za 50 dolców mimo iż sam miał przy sobie 500. Oraz z tych bardziej poważnych jak: Zastraszanie, napaść na żonę, bójka z raperem w wyniku czego sam został postrzelony w brzuch, przejechanie kobiety w ciąży i ucieczka z miejsca zbrodni, nielegalne posiadanie broni i  oskarżenie o morderstwo. Jednak najbardziej niesamowita jest jego śmierć. Pewnego dnia wszedł do studia by nagrać nowy kawałek, aż w pewnym momencie zemdlał i umarł… Okazało się, że połknął woreczek z kokainą, a ta weszła w reakcję z lekami przeciwbólowymi i wywoła śmiertelny skutek. Mimo tych wszystkich wad i tego co mogliście sobie pomyśleć po przeczytaniu tych wszystkich zarzutów ODB był bardzo inteligentnym gościem, pełnym charyzmy i poczucia humoru. Także jego umiejętności wokalne uplasować należy powyżej przeciętnych. Już na pierwszym albumie Wu Tangu usłyszymy jego pojękiwania i pokrzykiwania, które nie były przypadkowe, a idealnie wpasowywały się w kompozycję. Tę umiejętność doprowadził do perfekcji na swoim solowym debiucie, bo nie tylko rapował, ale także śpiewał i używał swojego głosu w niekonwencjonalny dla rapu sposób.

Big L(ur. 30 maja 1974, zm. 15 lutego 1999) 
W muzyce bywa tak, że tracimy geniusza, który był w swoim szczytowym momencie i jeszcze niejedno mógł zrobić. Tak np. było z Ianem Curtisem(bo jestem pewny, że gdyby nie jego śmierć, Joy Division nagraliby album jeszcze potężniejszy niż Closer) i tak było z Big L’em, który uznawany był za jednego z największych wymiataczy zarówno pod względem stylistycznym jak i tekstowym. Posiadał potężny zasób słów oraz perfekcyjne opanowanie języka angielskiego, dzięki czemu mógł posługiwać się stylem zwanym „compounding” polegającym na używaniu dwóch lub więcej sylab w jednym wersie. Oprócz tego, można go nazwać protoplastą podgatunku jakim był horrorcore, któremu ton nadał utworem „Devil Son„. Jego śmierć jest równie zagadkowa co Biggiego i 2Paca. Oficjalna wersja podaje, że został zamordowany z powodu długów brata, ale czy morderca byłby aż tak wkurzony aby to jego postrzelić siedem razy w klatkę i dwa razy w twarz? I po co miałby to robić skoro po roku od śmierci, brat Big L’a, który zaczął prowadzić własne śledztwo w tej sprawie, został również zamordowany w niewyjaśnionych okolicznościach? Cóż, fakt faktem, że straciliśmy ogromny i tak naprawdę niedoceniony talent. Kto wie, jak potoczyłyby się losy rapu gdyby żył do dziś…

J Dilla (ur. 7 lutego 1974, zm. 10 lutego 2006)

J Dilla co prawda nie wsławił się rapem i nie robił tego zbyt dużo, ale ze względu na jego ogromny wkład w hip hop nie byłoby tego zestawienia bez niego. Był on najpopularniejszym producentem z Detroid, miasta, z którym był bardzo mocno związany i któremu zadedykował swój pierwszy solowy album. Nie będzie też przesadą kiedy nazwę go jednym z najważniejszych producentów hip hopu w ogóle, ponieważ czego się nie dotknął zamieniało się w złoto, a do takich perełek zaliczyć możemy albumy i utwory dla Mos Defa, Taliba Kweliego, Eryki Badu, Guru, A Tribe Called Quest czy Q-Tip i jego solowy fenomen. Dilla był niesamowicie oddany muzyce, pracował jak maszyna wyrzucając z siebie ogromną ilość bitów, co u schyłku kariery stało się niebezpieczne gdyż bywały momenty, że całymi dniami siedział nad produkcją i nic nie jadł. Wielu artystów ma u niego dług wdzięczności i wielu artystów oddało mu cześć, jak na przykład Flying Lotus, który swój album „You’re Dead” w całości zadedykował Dilli. Moją osobistą pozycją, którą bezwzględnie należy przesłuchać jest projekt Jaylib, który Dilla założył wspólnie z Madlibem – równie ważnym producentem co J. Nagrali jeden album, ale przepełniony taką treściwością obu muzyków, że ciężko powiedzieć, który z nich wychodzi bardziej na prowadzenie. „Champion Sound” pokazuje, że rozumieją się doskonale i  perfekcyjnie łączą swoje wizje rozwoju hip hopu. Kiedy zaczęły się kłopoty Dilli ze zdrowiem, trochę przystopował z muzyką, ale dalej koncertował. Był tak zdeterminowany, że potrafił wjechać na scenę na wózku inwalidzkim byleby zagrać. J Dilla Zmarł na bardzo rzadką chorobę – zakrzepową plamicę małopłytkową. Pozostawił po sobie mnóstwo niewydanych nagrań, które jeszcze przez długi czas będą wychodzić i inspirować następne pokolenia producentów.

Too Poetic( ur. 15 listopada 1964, zm. 15 lipca 2001)

Pojawienie się Gravediggaz w tym zestawieniu ma dwa znaczenia: Pierwsze to oczywiście zmarły na raka Too Poetic, trzon zespołu. Drugie to takie, że Gravediggaz są najważniejszą grupą wykonującą horrorcore, przez co idealnie nadają się do słuchania przez najbliższe dni. W ich skład wchodził RZA, Prince Paul, Frukwan oraz wspomniany Too Poetic. Połączyli swoje siły i stworzyli rap poruszający zbrodnie, gwałty, morderstwa oraz najciemniejsze zakamarki ludzkiej duszy. Ktoś mógłbym krzyknąć, że hej, takie rzeczy to chleb powszedni dla raperów czym tu się ekscytować? Jasne, tylko że oni na swojej pierwszej płycie robili to w taki sposób, że absolutnie nie odrzucali i nie nudzili słuchacza. Wręcz przeciwnie, im bardziej okropne rzeczy wygadywali, tym lepszy był klimat utworów, a po pewnym czasie słuchacz orientował się, że ich teksty nie są do końca na poważnie i posiadają masę czarnego humoru.