OFF Festival 2024 – Relacja

OFF Festival 2024 – Relacja

Tegoroczna edycja OFF Festivalu była nieco kontrowersyjna. Być może z roku na rok kontrowersje będą tylko rosnąć, aż w końcu publika przyzwyczai się do nowych rozwiązań festiwalu. Być może jednak organizacja postanowi wrócić do poprzednich standardów i przestanie kombinować, by nie drażnić zatwardziałych fanów. Tegoroczne problemy na linii odbiorca-organizator były dosyć spore, a brak darmowej wody na festiwalu, nawet pomimo chłodnej pogody, jest ewidentnym minusem i krokiem w tył. Innym problemem była kwestia komunikacji w przypadku line up’u. Przeniesienie Mount Kimbie z piątku na niedzielę odbyło się po cichu, a o zmianie godziny koncertu Johna Mausa dowiedzieć mogliśmy się jedynie z internetu, który na festiwalu jest wybitnie słaby. Podawanie timetable jedynie poprzez social media lub aplikację na telefon jest zapewne spowodowane pchaniem ku nowoczesności czy cięciem kosztów na drukowaniu książeczek festiwalowych, jednak niezależnie od przyczyn spotkało się to z wyraźnym niezadowoleniem offowiczów. Największa jak dotąd aktywność OFFa w social mediach ma też związek z coraz większą próbą zachęcenia młodzieży do uczestnictwa w festiwalu. Do tych prób można zaliczyć zapraszanie mainstreamowych polskich raperów, co dzieje się już od lat. Czy to wystarcza by pozyskać młodzież? Nie – Młodzi co prawda byli, ale przeważała publika 25+. Czy festiwal jest przez to lepszy? Niestety nie – Ci, którzy narzekali na Young Adisza w najlepszym wypadku poszli na niego dla beki, a jakości muzycznej to nie poprawiło. Frekwencja w tym roku była bardziej Tauronowa niż OFFowa, a pole namiotowe chyba nigdy nie było tak wyludnione. Osobiście nie mam z tym problemu, bo niech rzuci kamieniem ten kto lubi kolejkę do kibla lub po piwo. Jednak wszystkim nam zależy na tym żeby festiwal się rozwijał, zarabiał i w przyszłym roku nie dał sobie ukraść wykonawców przez Openera. W związku z małą frekwencją, na placu boju pozostali ci najwytrwalsi offowicze co udowadnia, że pewne zjawiska, które były mocno krytykowane przed festiwalem, faktycznie nie miały sensu i nie zachęciły ludzi do kupna karnetów. Prócz przykładu z rapem można tu też wymienić problem z headlinerami – Ani Future Island, ani tym bardziej The Blaze nie przekonali do siebie odbiorców, a większe tłumy były na Barze Italia czy Edycie Bartosiewicz.

Piątek:

Dominika Płonka

Dominika Płonka niemal w każdych mediach określana jest jako ”wschodzącą gwiazdą polskiego r’n’b”. I choć sama się od tego odżegnuje, trzeba przyznać, że niemało w tym gatunku zrobiła. To co w pierwszym momencie podczas jej koncertu najbardziej mnie uderzyło to rewelacyjna produkcja i brzmienie, za które odpowiada jej brat oraz Miroff. Drugim aspektem był oczywiście jej głos brzmiący tak samo dobrze jak na płycie oraz kontakt z publicznością pomiędzy utworami. Cały koncert pokazał, że faktycznie mamy do czynienia z multi-gatunkową piosenkarką, która może jeszcze sporo namieszać i pokazać różne oblicza. Traktuję to oczywiście jako debiut i pierwsze starcie ze sceną, gdyż jej muzyka aż prosi się o bardziej żywy band, który rozwijałby poszczególne utwory.

6/10

Zachwyt

Pamiętam, gdy grali na Shoefeście w Krakowie niemal rok temu. Tamten koncert zapisał się z mojej perspektywy do nieudanych, gdyż zespół postawił na akustyczne hipisowskie granie, któremu brakowało tylko ogniska i kiełbasek. Na szczęście koncert na OFFie był zupełnie inny. Gitary brzmiały porządnie już od samego początku uderzając ścianą przesteru. Szczególnie na początku, gdy chłopaki łomotali noise’owe jamm session, pokazali, jak bardzo chwalą sobie hałas. Nie porównałbym Zachwytu do wielkiej trójki shoegaze’owej, gdyż jest w ich twórczości też sporo post-punku, ale nie byłoby przesadą doszukiwać się inspiracji DIIV.

6,5/10

DC the Don

Przyznaję – poszedłem tam dla beki. Chociaż może nie tylko, bo również z czystej ciekawości formuły koncertu. Otóż oglądając jego live na youtubie zastanawiałem się jak gość, który leci niemal w stu procentach z playbacku, a jedyną jego aktywnością jest podbijanie własnych wersów, odnajdzie się na scenie OFF Festivalu? Był to też swoisty test dla strategii marketingowej, która miała na celu zachęcić młodzież do udziału poprzez zapraszanie trapowych raperów. Niestety strategia nie wyszła, bo namiot był jedynie w  połowie zapełniony, a jeśli przebywała tam cała młodzież festiwalowa, to tym gorzej. Jednak trzeba oddać Donowi szacunek – gość przy tak małej publice bawił się doskonale, cieszył się jakby grał na głównej scenie dla tłumów, a jego energia była wspaniała. I faktycznie robił dokładnie to samo co na innych koncertach, podbijając jedynie swoje zwrotki, ale może po prostu bardziej jarał się samym byciem tam niż rapowaniem.

5/10

Kaz Bałagane

Miałem nadzieję również się pośmiać, jednak był to smutny widok. Co prawda nie znam się aż tak bardzo na jego twórczości, ale sądząc po wspólnych dokonaniach z Belmondziakiem liczyłem na kabaret. Dostałem zaś najebanego Kaza, który faktycznie jakiś wysiłek popełnił, ale w momentach gdy nie kończył zwrotek licząc na to, że zrobi to za niego publika, słychać było krępującą ciszę… Serio, chyba nawet jemu było głupio. Nie było to też spowodowane frekwencją, bo ta jednak dopisała. Świadczy to dobrze o uczestnikach – bo nawet gdy dany booking jest mocno hejtowany, to i tak wygrywa ciekawość, aby danego wykonawcę zobaczyć. Moja ciekawość została zaspokojona po 5 utworach, gdy zrobiło mi się niedobrze i usilnie wierzę, że zaistniała korelacja pomiędzy pitym przeze mnie piwskiem, czerwoną mordą Kaza, a tekstami jego utworów.

4/10

Nourished by Time

W OFFowym poradniku, który napisałem przed festiwalem, wspomniałem, że ten koncert może być dobry lub średni ze względu na obecność lub nieobecność zespołu towarzyszącemu Marcusowi Brownowi. Niestety, jedynym towarzystwem był laptop, małe klawisze i sampler. Jednak to wszystko było zupełnie nieistotne, gdy jego głos rozlał się po okolicy. Wokalnie Marcus jest mocarzem absolutnym, a z perspektywy tego live’a mam wrażenie, że w studiu nagrywał wokal na setkę i to bez żadnego mixu, bo było to po prostu niepotrzebne. Może to przez deszcz, a może Nourished ma w sobie to coś, ale gość był totalnie wczuty w to co robił, widać było, że każdy dźwięk i każde słowo oddaje nam w stu procentach. Ja chłonąłem te teksty wystawiając ręce przy ”But first, you gotta shed that fear of passin’ away”, a przy odpaleniu utworu Daddy Nourished rozkręcił najlepszą i najbardziej emocjonalną deszczową imprezę.

7/10

Sevdaliza

Wielu rzeczy nie zrozumiem, a jedną z nich jest brak statusu headlinera dla Sevdalizy. Żaden inny wykonawca nie zebrał tylu ludzi tego dnia, a większe tłumy były tylko na Grace Jones. Był to też koncert najbardziej mainstreamowej wokalistki tegorocznego line upu, o czym sama poniekąd poinformowała mówiąc o osiągnięciach swojej nowej piosenki na Spotify czy Tiktoku. Setlista była krokiem w przyszłość, gdyż dominowały nowe single, a także niewydany materiał. No i cóż, jeśli ktoś tak jak i ja przesłuchiwał w kółko 3 albumy Sevdalizy, oglądał live’y sprzed paru lat i oczekiwał trip-hopowej perkusji to mógł się totalnie zawieść. Ja natomiast się nie zawiodłem, bo zarówno single jak i nowe kawałki posiadają w sobie irańską krew, a także futurystyczne podejście do produkcji, z którego Sevdaliza zawsze była znana. Pod koniec ciężko było odróżnić jeden kawałek od drugiego, gdyż przeważała rytmika reggeatonowa, a jej styl trochę się rozmydlił. Na szczęście zawsze gdy czułem jakieś przeciążenie materiału, jej głos, postawia sceniczna i persona, sprawiały, że zaangażowanie w show wzrastało.

8/10

 

Bar Italia

Występ jednego z najważniejszych zespołów tegorocznego OFFa i chyba nawet headlinera tegorocznej muzyki gitarowej, został zniszczony przez znane wszystkim nagłośnienie na scenie eksperymentalnej. To nawet osiągnięcie, że dopiero o tej porze pojawiły się problemy z nagłośnieniem i wiem, że są one na tej scenie regułą, ale nastąpiło absolutne przegięcie. Wszystko zostało zagłuszone przez blachy. Bas z racji zakresu swoich częstotliwości jeszcze dawał radę się przebić, trochę udawało się to gitarom, ale wokale nie miały szans. I nie było to częścią shoegaze’owego stylu, lecz brzmiało to jakby operator był głuchy lub nie wiedział jak obsługiwać mikser. Na szczęście energia zespołu była potężniejsza niż nagłośnienie. Bar Italia to nastoletnie emocje rodem z początków My Bloody Valentine, Sonic Youth czy Pixies. Jest tu sporo naiwności w napierdalaniu na instrumentach, ale same kompozycje stoją twardo na wysokim poziomie. Wszyscy baliśmy się, że wokalistka Nina Cristante nie udźwignie koncertu, ale gdy problemy z nagłośnieniem nieco opadły, a jej głos był słyszalny, bez problemu można było ocenić, że dawała radę. Co prawda gdyby grali na scenie leśnej pewnie wyszłyby problemy techniczne i warsztatowe np. niechlujne i nierówne granie, ale ja przynajmniej przyszedłem żeby dostać gitarowy emocjonalny wpierdol i chyba żaden koncert w tym roku mnie nie ogłuszył tak jak Bar Italia. Po występie członkowie zespołu zeszli do widowni i gadali z ludźmi przez następne pół godziny. Udało mi się nieco pogawędzić z Niną – opowiadała mi o swojej relacji z Deanem Bluntem(byli ze sobą przez lata), o idei stojącej za zespołem, o tym, że zawsze marzyła mieć band, ale nigdy nie umiała grać czy śpiewać. W końcu się na to zdecydowała, zaczęła pobierać lekcje gry na gitarze i śpiewu. Jest świadoma swoich wokalnych ograniczeń, ale w Barze Italia chodzi bardziej o feeling i emocje.

7,5/10

Future Islands

Często na OFFie były koncerty, których nie miałem nawet ochoty oceniać, ale na tej edycji było ich niestety całkiem sporo. Jednym z nich jest ”headliner” tej edycji. Po pierwszym zetknięciu z ich muzyką stwierdziłem, że to ”LCD Soundsystem dla ubogich”. Nagrania z poprzednich koncertów na youtubie dawały większe nadzieje, że może muzycznie są trochę bezpłciowi, ale jednak wykrzeszą z siebie taneczność. Nadzieje te zniszczyła p o t ę ż n a ulewa, z którą niewielu pod sceną sobie poradziło. Ja wytrzymałem może z 15 minut i była to niestety strata czasu. Wokalista brzmiał jakby co chwilę się czymś dławił, miał odklejkę po dragach lub śpiewał w niezrozumiałym języku. Instrumentalnie było to dobrze zagrane, ciężko zarzucić im brak rytmu czy umiejętności gry, a ceni się to szczególnie w takich warunkach pogodowych. Niestety pokazali też swoją największą słabość, czyli nijakość kompozycji i nudę.

 

George Clanton

Nie ma nic gorszego niż deszcz na festiwalu, a tym bardziej w okolicach północy. Długo biłem się w myślach czy iść do namiotu, czy może na Hagopa, który kręcił niebotyczną wixę. Wybrałem jednak Clantona i był to wybór najlepszy. Obawiałem się czy shoegazeowo trip-hopowy vaporwave może porwać ludzi o 1 w nocy i czy aby nie jest to przepis na stypę. Jakimś cudem był to najbardziej energiczny i zabawowy koncert tego dnia. Zahipnotyzowało mnie brzmienie, gdyż na wokalu były chyba wszystkie możliwe efekty świata, a perkusja była idealnie schowana za ścianą syntezatorów i gitar – nie mam pojęcia jak zostało to osiągnięte. W zasadzie można rzec, że był to idealny przykład na to jak można zajebiście przenieść brzmienie z płyty na koncert, nie zanudzając przy tym publiki. Clanton to świrus, który zabawiał nas dziwnymi anegdotkami np. mocno rozkminiał fakt, że ”Wszyscy tu jesteśmy biali… Ja jestem biały, wy jesteście biali… Jesteśmy w Polsce… Słuchajcie, no nie ma w tym nic złego, wy jesteście biali, ja jestem biały… kto wie, może jestem Polakiem?” Mogło być to odebrane jako jakieś prawicowe pierdololo, ale mi się to bardziej skojarzyło z niefortunnym żartem Larsa Von Triera o zrozumieniu Hitlera. Nie przypuszczałem, że zostanę na całym koncercie, ale było to wciągające show pół poważne, pół dla jaj, a granice pomiędzy żartem i powagą bywały mocno zatarte.

7,5/10

 

Sobota:

Jan Bąk i Bogdan Sekalski

Kiedy przy sprawdzaniu line upu doszedłem do Jana Bąka i usłyszałem singiel Chałka, pomyślałem – hehe śmieszne, pójdę. Na koncercie plułem sobie w brodę, iż tak zignorowałem ten projekt, a polska muzyka jest w stanie mnie zaskoczyć w niesamowity sposób. Z jednej strony folk, z drugiej minimalizm, gdzieś tam indie rock, storytelling i cofanie się do dziecięcych wspomnień. Naprawdę rozwaliło mnie to co słyszałem. Mnogość elementów różnych gatunków, świadomość muzyczna i co najważniejsze pięknie i niebanalnie opowiedziana historia o stracie ojca. Najlepsze odkrycie na OFFie.

8/10

Klawo

Kolejny świetny polski zespół, na który tym razem czekałem i byłem gotów. Jednak aby być uczciwym to przyznam, że warszawski skład wygrał pojedynek z Siema Ziemia jedynie przez to, że grał na dużej scenie podczas nienajgorszej pogody. Zauroczyli mnie doborem małych instrumentów perkusyjnych, które powodowały, że ich jazz stawał się niezwykle taneczny. W swoich utworach przechodzili zgrabnie przez różne klimaty, np. od hip-hopu do tropikalnych rytmów a la cumbia, a ze swoich własnych kompozycji wbijali prosto do krótkich coverów jak temat przewodni z San Andreas.

7/10

Yung Adisz

O ile dj na początku jeszcze wprowadzał jakiś vibe i to nie tylko potężnym basem, ale i swoimi odzywkami, o tyle Adisz grający z playbacku wraz z kumplami stojącymi za konsoletą, sprawili, że musiałem jak najszybciej spierdalać.

Tank and the Bangas

Stawiałem, iż będzie to drugi najlepszy koncert tej edycji i nie myliłem się. Mimo to odczułem lekki niedosyt – może przed festiwalem napaliłem się za bardzo na ich występ, ale liczyłem na większą eksplorację gatunkową i odjazdy w różne tereny muzyczne. Nie uświadczyliśmy trapów czy psychodelii, a skład w porównaniu z poprzednimi koncertami był nieco okrojony. Ostatecznie zespół zagrał niesamowity koncert grając bez przerwy przez godzinę, a wokalistka zaskakiwała swoimi umiejętnościami – nagłymi zwrotami ze śpiewu do rapowania czy z gospelu po okrzyki. W tym wszystkim utrzymywała doskonały kontakt z publiką, a czasem wręcz taki, że ciężko było rozróżnić czy to co mówi do nas jest częścią utworu czy po prostu rozrywkową gadką wymyśloną na poczekaniu. Niesamowite były interludia pomiędzy utworami, czasem przechodzili w sposób jazzowy przedłużając samo przejście, a czasem wchodzili w następny kawałek od kopa utrzymując taneczny charakter. Uroczym i komediowym elementem był też dodatkowy wokalista, który przez połowę koncertu wyglądał dla mnie tak jakby zaraz miał się dorwać do jakiegoś instrumentu, ale jak się okazało jedynie tam stał i perfekcyjnie dośpiewywał punch line’y. I taki był też ten koncert – humorystyczny, rozrywkowy i profesjonalny.

8,5/10

Baxter Dury

Artur Rojek zapowiadał, że na scenie Baxter to dzikie zwierze, które trzeba zobaczyć. Oczywiście po tych słowach pierwsze co zrobiłem to wpisałem w youtuba ”Baxter Dury live” i trochę się zawiodłem. Jego muzyka zarówno na albumach jak i live jest nieco powtarzalna i opiera się na podobnym schemacie – jest instrumental, a pod niego Baxter gada, potem następuje przerwa na śpiewanie wokalistki z zespołu i znów wracamy do opowieści Baxtera. Niby typowa forma zwrotka-refren, ale na wysokości czwartego utworu zastanawiałem się, czy on w końcu zaśpiewa czy tylko gada? Niestety to drugie. I o ile na nagraniach brzmi to ciekawiej ze względu na produkcję i jednak różnorodne brzmienie, o tyle koncertowo wydawało mi się jeszcze bardziej nudne. OFFowy koncert zaskoczył mnie jednak pozytywnie. Może przez to, że jednak tanecznych rzeczy nie było sporo, a może potrzebowałem, by ktoś na scenie zrobił z siebie połączenie jogina z małpą – bo taka też jest jego sceniczna postawa. Każdego roku na OFFie jest jeden utwór zagrany na scenie głównej, przy którym czuję, iż jest to wielkie wydarzenie. W tym roku były dwa, a jednym z nich był utwór I am not your dog autorstwa Dury’ego, podczas wykonania którego dał z siebie absolutnie wszystko, a sceniczne ułożenie i pozy ciała oddawały perfekcyjnie patetyczną i hymnową atmosferę tego utworu. Niemniej jednak, pomimo dobrej zabawy wiele kompozycji brzmiało podobnie i nie porywały czymś specjalnym. Na wyróżnienie zasługuje oczywiście ostatni kawałek – house’owy These are my friends, którego autorem jest Fred again.

7/10

Grace Jones

Pisząc o Baxtonie Durym wspomniałem, że na każdym OFFie jest taki jeden utwór zagrany na scenie głównej, który zostanie zapamiętany na zawsze, a podczas słuchania go ma się wrażenie, iż wszyscy uczestniczymy w czymś wielkim. W tym roku ewidentnym momentem był początek koncertu Grace i zagranie Nightclubing. Czekaliśmy z ekipą w napięciu przeszło 15 minut, zastanawiając się ”Gdzie jest Grace Jones? Gdzie ona jest?”. Kurtyna zasłaniała całą scenę, a napięcie przedkoncertowe wzmagał noise’owy dźwięk puszczony dochodzący ze sceny. W końcu usłyszeliśmy znane ze Slave to the Rythm słowa ”Ladies and Gentelmans ms. Grace Jones”. Kurtyna opadła, a na podwyższeniu znajdującym się za zespołem pojawiła się Diva w złotej kościotrupiej masce, odziana w ciemną suknię niczym Daenerys z Gry o Tron. Do końca życia tego nie zapomnę. Każdy jej gest, ruch czy minę oglądałem z ogromnym zafascynowaniem i dawno nie miałem poczucia, że przez prawie połowę koncertu nie mogłem uwierzyć, że naprawdę obcuję z daną gwiazdą. Po Nighclubbing zagrała jeden z moich ulubionych utworów Private Life, który jeszcze podtrzymywał atmosferę tajemniczości, a sama Grace wczuwała się w wyśpiewane słowa i widać było, że mówi do nas i opowiada historię. W przypadku gwiazd tego formatu i wieku, sceptycy mogą mówić o odcinaniu kuponów czy kompromitowaniu się, ale podobnież jak Iggy Pop dwa lata temu, tak Grace w tym roku pokazała tylko klasę i jakość muzyczną, która rozniosła konkurencję. Pod względem napięcia jej show było idealnie zbudowane – od powolnego schodzenia na scenę, aż po dosiadanie ochroniarza. Odpalała się na scenie na tyle na ile pozwalał jej wiek, ale po energii jaką dała przy zagraniu Demolition Man, po jej minach i NAPIERDALANIU w talerze z jęzorem na wierzchu, ja nie potrzebuję nic więcej. A i tak dała więcej – seksowne wygibasy na rurze,  przekomiczne teksty pomiędzy utworami np. gdy wzięła kieliszek wina i stwierdziła, że ”Teraz nastąpi komunia, w imię Jezusa! Byliście kiedyś w kościele i śpiewaliście gospel?! Jesteście z Polski, wiem, że się ze mnie teraz śmiejecie!”. Jej koncert pokazał, że potrafi być jednocześnie zabawna, tajemnicza, poważna, wzruszająca i imprezowa. Nie można się oprzeć też pewnym porównaniom do Iggyego Popa – oboje stojąc na OFFowej scenie byli mocno po 70-tce i oboje mają swoje legendarne statusy. Ostatecznie stwierdziłbym, że Iggy był lepszy, bo przeszedł po publice niczym czołg, ale wokalnie musiałby jednak ustąpić Grace. Sumując – ze względu na setlistę (Grace mogła zagrać ciut lepsze utwory) oceniam koncert 9,5/10, ale uczciwie powinienem dać 10. Nie ma się do czego przyczepić – Grace jest w rewelacyjnej formie, zespół z nią współgra, a nie stanowi tylko za tło, sama gwiazda cieszy się z grania chyba bardziej niż sama publiczność, a jej głos jest przepotężny. Pytanie kto następny z tych wielkich gwiazd nam pozostał? Bob Dylan? Tom Waits? Nick Cave? Bjork?

9,5/10

Niedziela:

 

Tonfa

Było to mocne otwarcie ostatniego dnia, chociaż  trochę zastanawiałem się, czy ich pozycja rynkowa nie wymagałaby późniejszej godziny. Ostatecznie pora była dobra, gdyż tonfiarze i tonfiary (jak się okazało szczególnie one) przybyli wcześniej na soundcheck, więc i na koncercie było więcej osób. Sam występ był jak zwykle w przypadku Tonfy energiczny, a pogo jak na 16:30 naprawdę spore. Pierwszy raz widziałem ich występ z perkusistą i był to absolutny strzał w dziesiątkę, wszystkie ich kawałki w wersji live potrzebowały takiego brudnego i nieprzewidywalnego dodatku. Miałem pewne obawy co do nagłośnienia, bo oczywiście zagrali na scenie eksperymentalnej. Jak się okazało obawy były słuszne, gdyż po drugim utworze pojawiły się sprzężenia na mikrofonie, a całość miała za mało basu i było za cicho. Wielki potencjał trochę zmarnowany, ale i tak było cool.

7/10

 

Maruja

Problem jaki mam z tym zespołem jest taki, że w 2/3 mnie totalnie przekonuje, ale 1/3 nie jestem w stanie znieść. Niestety ta 1/3 to wokal – typowo brytyjskie, pseudo punkowe bluzganie na lewo i prawo, bez ładu i składu. Natomiast jak typ się w końcu zamknął to można było podziwiać post-rockowy klimat, budujący się od pojedynczych dźwięków i szarżujący ku ścianie dźwięku. Brakowało tylko jednego elementu… Historia braku saksofonisty totalnie mnie rozwaliła. Jeszcze przed Tonfą chodząc po namiocie medialnym zauważyłem gościa, który spał na kanapie owinięty kocem. Pomyślałem, że pewnie jest to efekt długiej podróży samolotem. Okazało się później, żee był to właśnie saksofonista Marujy, a jeden znajomy przytoczył mi historyjkę, że siedzieli oni przy stole, a ich kumpel po prostu zemdlał. Co było przyczyną? Nie wiem, ale się domyślam.

6,5/10

 

Hotline TNT

:'(

 

Yaya Bey

Czy ja narzekałem na to, że koncert Tonfy był cichy? Koncert Yayi Bey był dopiero cichy! Wiem, że po słuchaniu Swansów czy MBV mogę mieć coś z uszami, ale to już była przesada… Do samego koncertu nie mam żadnych zarzutów, może przydałby się jeszcze ktoś do zespołu, ale samo instrumentalne trio wystarczyło. Yaya ewidentnie miała jakiś problem z duchotą na scenie, co możecie zobaczyć w tym filmiku, ale pomimo tego dała świetny koncert angażując się w każdy utwór. Pomimo, iż wywodzi się z podobnej linii gatunkowej co Tank & the Bangas to stanowiła pewną opozycję do tamtego występu – niby był to soul czy r’n’b, niby było też tanecznie, a sama Yaya wznosiła się na wyżyny wokalne, ale wszystko miało w sobie większą powagę i zaangażowanie w storytelling. Jej rapowaniu zawsze towarzyszyło poczucie, że opowiada o czymś konkretnym, o jakiejś historii. Zresztą dała temu wyraz pod koniec, gdy wypowiedziała się mocno krytycznie o kapitalizmie i braku darmowego dostępu do jedzenia i picia, a przy tym zagrała chyba mój ulubiony utwór z płyty czyli iloveyoufrankiebeverly.

7,5/10

Puma Blue

Podobnie jak Jan Bąk, Puma Blue był czarnym koniem festiwalu. W odróżnieniu jednak od Jana, Pumę znałem odkąd go ogłosili i co więcej nie miałem żadnych wysokich wymagań wobec tego koncertu. Prawdę mówiąc nie do końca chciało mi się iść na ten koncert i byłem pewny, że wcześniej wyjdę. Wystarczyło, że zaczął grać z zespołem. Wystarczyły pierwsze brzdęknięcia gitary i już poleciało… Sample, brzmienie rimshotów i całej perkusji, reverby i delaye, czasem nie wiadomo czy z gitar czy wokalu, nakładające na siebie tekstury – to wszystko sprawiło, że stałem jak wryty i nie byłem się w stanie ruszyć. Kuriozalne, że był to koncert na scenie eksperymentalnej, więc ten kto to nagłaśniał powinien dostać dożywotnie wejście na OFFa. Ballady Pumy były otulające, a jednocześnie wzmagające napięcie, które sprawiało, że nie była to muzyka do spania. Z jednej strony słychać było echa James’a Blake’a, a z drugiej King Krule’a, ale żaden z nich nie ma takiego wokalu. Dodatkowo, jak sam Puma zauważył, koncert był idealnym przejściem między popołudniem a nocą, co powodowało dodatkowe wrażenia. Jego kompozycje pokazują też, jaki można mieć szacunek do dźwięków – często bardzo oszczędnych, w których produkcja stała na najwyższym poziomie. Wystarczyło jedno uderzenie, jedna nuta, a brzmienie odznaczało się taką perfekcją, że nie trzeba było więcej grać. Oczywiście prócz ballad, zagrał sporo utworów z jazzową atmosferą, przez co z zimnego pola przenosiliśmy się do zadymionego klubu jazzowego. Bardziej minimalistycznie ciężko gra już chyba tylko Bohren & der Club.

8/10

 

The Alchemist & Boldy James

Jeden z ważniejszych punktów całego line upu, gdyż mamy do czynienia z legendą rapu czyli The Alchemistem. Obaj z Boldym należą do grupy raperów i producentów cechujących się brzmieniem low-fi i specyficznym flow, które przy pierwszym odbiorze może wydawać się out of beat lub brzmieć bardziej jak melorecytacja. Wystarczyło jednak wybrać się na ten koncert i posłuchać Boldy’ego, który posługując się tym stylem ani razu nie wyszedł z taktu. Były takie utwory (najbardziej charakterystyczne dla tego stylu), w których perkusja stanowiła dodatek, wchodziła w połowie podkładu lub w ogóle jej nie było, a Boldy przechodził po tych bitach niczym czołg. Będąc wielkim fanem obu Panów i tej odnogi rapu, nieco się jednak zawiodłem. Już na samym początku gdy The Alchemist pojawił się i grał dla nas kilkunastominutowy set, czułem, że będąc takim wyjadaczem mógł zapodać nam bardziej wyszukane utwory, liczyłem na underground, którego nawet nie słyszałem, a on po prostu poleciał z oldschoolem. Również w ich wspólnej dyskografii znalazłbym ciekawsze utwory niż te, które zagrali razem. Oczywiście to nie był zły występ, przeciwnie, obaj pokazali czym jest dobry rap, a czegoś takiego nie uświadczymy w Polsce jeszcze przez jakiś czas. Ostatni utwór Diamond Dallas pokazał chyba doskonale czego bym oczekiwał – jeszcze większej zamuły, braku perkusji, głośnego basu i wyłączonych świateł w trakcie całego koncertu. Może właśnie brakowało tu ulicznego mroku, o którym ten rap tak dobrze opowiada.

7,5/10

The Blaze

Byłem jakieś 10 minut, ale spokojnie, nadrobię przy następnej wizycie w Zarze.

 

Mount Kimbie

Wiem, że wielu było wkurzonych na przeniesienie ich koncertu z piątku na niedzielę, ale clash między nimi a Clantonem byłby bardziej bolesny. Zresztą było to bardzo dobre zwieńczenie festiwalu – koncert zespołu, który w porównaniu z The Blaze bardziej zasłużył sobie na miano headlinera. Przed koncertem warto było sprawdzić ich najnowsze dokonania, a szczególnie ostatni album, który w przeciwieństwie do ich pierwszych płyt z gatunku bedroom producer, opiera się na gitarach i indie rocku. Prócz Made to stray zagrali utwory tylko z dwóch ostatnich płyt, ale zrobili to w bardzo zbalansowany sposób, tak że gitarowa strona nie przeważała nad elektroniką, a znajomość ich pełnej dyskografii mogła pomóc w docenieniu dojrzałej ewolucji muzycznej. Może ze względu na fakt, iż był to ostatni koncert OFFa melancholia utworów wybrzmiała jakoś mocniej, a ludzie bardziej kontemplowali niż skakali w tańcu.

7,5/10

Pomimo problemów technicznych i braku mocnych headlinerów, OFF jak zwykle stoi dobrym line upem, a bieganie pomiędzy scenami zapewnia zapomnienie o błahych problemach. Po raz kolejny  2/3 line upu były mi nieznane, lecz wracam z dawką miłości dla nowych artystów. Nie doświadczyłem co prawda wielkich maratonów jak przez ostatnie lata, ale i tak łańcuszek Nourished by Time – Sevdaliza – Bar Italia dostarczył mi wielkich uniesień i udowodnił, że OFF dalej jest różnorodny oraz potrafi stanąć na najwyższym poziomie.

OCENA EDYCJI: 7/10