Takiej edycji OFF-a nie było już dawno. Właściwie ciężko mi sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek wcześniej padł sold out — i to już drugiego dnia festiwalu. Niestety, ten sukces frekwencyjny przełożył się na pewne problemy organizacyjne. Jednym z największych koszmarów festiwalowicza są kolejki, które ograniczają możliwość uczestniczenia w koncertach i skutecznie potrafią podnieść poziom frustracji. Naprawdę współczuję tym, którzy czekali po opaski półtorej godziny, a podobno niektórzy nawet trzy. Nie wiem, jak podle bym się wtedy czuł — chyba wolałbym taplać się w błocie pod Sceną Leśną niż przez to przechodzić. Ciężko mi też zliczyć ile razy chciało mi się lać podczas koncertów, a wiedząc jakie są kolejki do toi toi, lanie do butelki w tłumie nie wydawało się złym pomysłem… Na szczęście uniknąłem tego, bo my dziennikarze mamy nasz medialny!
O organizacji napisano już sporo — zarówno w mediach, jak i na OFF-owej grupce facebookowej — więc nie będę się powtarzał. Dodam jedynie, że problem z wodą (znowu!) jest absolutnie niedopuszczalny.
Przejdźmy jednak do sedna, czyli do muzyki.
OFF bywał krytykowany za headlinerów, którzy nie do końca zasługiwali na to miano. W tym roku byli to Kraftwerk, James Blake i Fontaines D.C. I o ile legendarny status Kraftwerku jest niepodważalny, tak James Blake i Fontaines D.C. budzą już pewne wątpliwości. Oczywiście — oba koncerty były świetne, ale James nigdy nie zrobił nic aż tak przełomowego, by naturalnie wskoczyć na headlinera. Fontaines z kolei są jeszcze trochę „za mali”, choć bez wątpienia są dziś jednym z najgorętszych gitarowych zespołów świata. Tylko czy to wystarcza? Nie ma też co się czepiać, na sąsiedniej Pohodzie też mieli takie miano, a na OFFa wracają jak bohaterowie wojenni.
Z resztą to tylko małe dylematy, które w praktyce i tak niewiele znaczą — bo nie zawiodłem się na żadnym koncercie tegorocznej edycji. Wręcz przeciwnie: piątek był tak intensywny, że już dawno nie czułem tak wielkiej festiwalowej adrenaliny. Bieganina ze sceny na scenę, gubienie się w tłumie — może to przez większą niż zwykle liczbę uczestników i poruszające się tłumy, ale tempo było naprawdę imponujące.
Wiem, że patrząc na liczbę koncertów, które opisuję poniżej, można uznać, że wcale nie było aż tak „grubo” — ale każdy z nich oglądany nawet przez pół godziny był na tyle intensywnym przeżyciem, że przejście na kolejny koncert dawało poczucie zupełnej zmiany rzeczywistości.
Słyszałem już opinie, że była to najlepsza edycja OFF-a w historii lub też że najgorsza. Nie zgodzę się z tymi stanowiskami. Były OFFy znacznie gorsze, na których wręcz nie było nic do roboty, koncerty przechodziły, niektóre wkurwiały, a inne były odwołane. Nie był to też najlepszy OFF. Na pewno festiwal wrócił na bardzo dobry tor — edycja była mocna, intensywna, przemyślana. Ale w mojej pamięci są edycje z 2013, 2014 czy 2019, które jednak postawiłbym wyżej.
Piątek
Ralphie Choo
Mój pierwszy koncert tegorocznego OFF-a i od razu pełna paleta dźwięków. Przyznam, że po wcześniejszym przesłuchaniu jego twórczości zupełnie go nie doceniłem. Spodziewałem się lekkiej powtórki z tego, co serwują Rosalia czy Arca z dodatkiem autotune’a. Tymczasem bardzo się zdziwiłem, jak wiele elementów z płyty Ralphie i jego zespół zdołali przekuć na koncertową energię. Tam, gdzie w nagraniach pojawiały się sample, na żywo zastępowały je prawdziwe instrumenty. Zamiast przewidywalnego hyperpopu dostałem mieszankę jazzu, trapu i latino, zagraną przez czteroosobowy zespół z imponująco różnorodnym instrumentarium.
7/10

Benny Sings
Pierwszy ważny koncert tego dnia, na który planowałem się wybrać. Wtedy namiot Trójki był jeszcze luźnym miejscem, w którym można było swobodnie się pogibać — i dokładnie tak było. Każdy utwór, który Benny grał ze swoją ekipą, nie odpuszczał jeśli chodzi o taneczne wibracje.
Może i nie było to aż tak różnorodne jak u Ralphiego czy innych tegorocznych składów — Benny bardziej stawiał na sprawdzone patenty i czysty, lekki funk. Ale absolutnie nie brzmiało to generycznie. Nie była to też muzyka eksperymentalna ani jazzowe improwizacje. I choć potrafię sobie wyobrazić, że ktoś mógłby uznać tę muzykę — głównie przez wokal — za zniewieściałą (sam miałem początkowo podobne skojarzenia), to kompozycje były na tyle dobre i chwytliwe, że zupełnie się w tym zatraciłem. Nawet nie zauważyłem, kiedy przesłuchałem wszystkie albumy… i kiedy minął czas koncertu.
7,5/10

OS Mutantes
Kocham legendy na OFF-ie. Ale jeszcze bardziej kocham odkrywać te, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Nigdy w życiu nie słyszałem o Os Mutantes, ale wystarczyło pobieżnie poczytać, by od razu zrozumieć, kim są i jak ogromne mają znaczenie dla brazylijskiej muzyki.
Ich lider, Sérgio Dias, powiedział kiedyś w wywiadzie: „Nikt nie grał na gitarze elektrycznej tak jak ja”, a także: „Pojawienie się Beatlesów zmieniło we mnie wszystko”. I w zasadzie mógłbym tymi cytatami zamknąć relację — gdyby nie to, że sam koncert okazał się pełen zaskakujących zwrotów akcji, często zupełnie odbiegających od brazylijskich klimatów i beatlesowskich wpływów.
To było tak, jakby oba te muzyczne światy ogarnęła psychodelia — pojawiająca się w najmniej oczekiwanych momentach, a kontrolowana była poprzez gitarowe solówki Sérgia. Sam lider wyraźnie czerpał radość z występu i zdawał się autentycznie poruszony obecnością tak licznego tłumu.
8/10

Kneecap
Suspens wokół występu Kneecap na OFF-ie był chyba największy w historii festiwalu. Nawet w przypadku Belmondo czy Iggy’ego Popa nie było takiej niepewności co do tego, czy w ogóle dotrą. To dobrze i niedobrze — bo po tak potężnych zapowiedziach spodziewałem się większych fajerwerków. Ale biorąc pod uwagę cały kontekst wokół zespołu, może dobrze, że obyło się bez wybuchów.
Mówiło się, że flag palestyńskich było sporo — choć w miejscu, gdzie stałem, naliczyłem zaledwie kilka. Dla mnie balonik napięcia pękł w momencie, gdy chłopaki zaczęli mówić o sytuacji na świecie i o banie, którego dostali na Węgrzech. Nie nawoływali do przemocy, nie podgrzewali atmosfery — głosy mieli raczej poważne, stonowane. Co ciekawe, ten ton był zupełnym przeciwieństwem tego, co słyszymy na ich albumach.
Nie wiem, skąd aż tak duże kontrowersje wokół ich osoby ani skąd ten cały hype. Muzycznie nie było to nic rewolucyjnego. Podkłady czerpią zarówno z oldschoolu, jak i z nowoczesnych brzmień, ale nie wyróżniają się ani oryginalnością, ani szczególną jakością. Na pewno wyróżnia ich rap po irlandzku i polityczne przesłanie — to dziś rzadkość — ale na tym ta wyjątkowość się kończy.
Sumując: był to solidny koncert rapowy, który prawdopodobnie zyskałby na sile, gdyby towarzyszył mu żywy band. Flow mają świetne, głosy na żywo brzmią naprawdę potężnie, ale… nie było tam nic, co by mnie zaskoczyło.
7/10

Kraftwerk
Pionierów elektroniki miałem okazję zobaczyć już w 2019 roku na Tauron Nowa Muzyka. Po sześciu latach Panowie prezentują mniej więcej tę samą setlistę i dokładnie te same wizualizacje – z tą różnicą, że tym razem nie było wersji 3D. Sam się sobie dziwię, ale chyba wspomnienia mi się trochę rozmyły, bo występ na OFF-ie był znacznie lepszy niż tamten.
Na początku było nieco za cicho. Stojąc dokładnie w osi sceny, tuż przed budką operatora, prawie nie czułem basu. Dopiero gdzieś na wysokości „Radioactivity” ktoś najwyraźniej ogarnął, że można śmiało podkręcić całość o dobre 5 dB. I wtedy — wreszcie — mocarze elektroniki zabrzmieli tak, jak powinni.
Dla mnie były dwa momenty kulminacyjne. Pierwszy to „Pocket Calculator”, zaśpiewany po polsku — Kraftwerk od lat wykonują ten numer w języku kraju, w którym akurat grają. Tak było na Tauronie, tak było i teraz. Drugi, bardziej osobisty, to „Tour de France” — kompozycja z ich ostatniej płyty wydanej pod tym właśnie tytułem. Tym utworem pokazali, że współczesność im nie straszna: nawet dekady po debiucie potrafili połączyć techno z deep housem w sposób, który do dziś brzmi świeżo.
Nie wszystko jednak wybrzmiało równie dobrze. Bardziej ambientowe fragmenty lekko nużyły, a „The Man-Machine” zabrzmiał jak własna parodia – jakby elektronika była używana tylko dla samej formy, a nie z potrzeby tworzenia czegoś nowego. W tych momentach czuło się raczej muzealny charakter niż żywą energię.
Mimo tego archaizmu, najprawdopodobniej był to najlepszy koncert tej edycji. Prawdziwa podróż przez historię, pokazująca, co z czego się wzięło.
Bo w historii muzyki rzadko można z całkowitą pewnością powiedzieć, że X było niezbędne, by mogło powstać Y. Chyba że X = Kraftwerk, a Y = rozwój muzyki elektronicznej
9/10

HiTech
Ukoronowaniem pierwszego dnia OFF-a była najlepsza wixa tej edycji (niezależnie od niedzieli — sorry BBCC…).
„Trójgłowy smok z Detroit” — tak opisywał ich OFF i święta racja. Skład grający głównie footwork i juke, czyli szybkie, basowe odmiany muzyki klubowej, do których – ze względu na swoje pochodzenie – dorzucali solidne dawki techno i ghetto house’u. W efekcie powstawały potężne parkietowe hybrydy, które nie dawały chwili oddechu.
Po 45 minutach regularnego setu, jeden z DJ-ów wziął mikrofon, wyłączył muzykę, stanął przed ludźmi i bardzo poważnym tonem oznajmił:
„To nie jest festiwal. To nie jest koncert. To jest IMPREZA.
Jeśli każdy z was ma coś do picia, to teraz jest idealna okazja, żeby z tego skorzystać.”
Po czym, razem z drugim DJ-em, zaczęli rapować, a chwilę później wskoczyli w pogo, wynosząc cały melanż na jeszcze wyższy poziom.
Wódka Absolut/10

SOBOTA
Omasta
Omasta to jazzowy zespół z Krakowa, który zyskuje coraz większą popularność — i to nie tylko na scenie jazzowej. Grają na przeróżnych scenach i festiwalach, od klubów po imprezy alternatywne. Na OFF-ie przygotowali nie lada gratkę dla fanów alternatywnego rapu: zagrali na żywo cały album Madvillainy – od A do Z.
Byłem bardzo ciekawy, jak poradzą sobie z charakterystycznym brzmieniem tej płyty, a zwłaszcza z samplami. W końcu Madlib to producent o bardzo specyficznych technikach, które nie zawsze da się przełożyć na żywe instrumenty.
Znając ten album od podszewki, mogę powiedzieć, że byłem zachwycony. Wszystko, co czyni Madvillainy tak wyjątkowym, zostało przetłumaczone na język zespołu w sposób logiczny i spójny. Omasta nie potraktowała albumu jako luźnej inspiracji, ale jako solidną podstawę — szkielet, który dawał jednocześnie przestrzeń do interpretacji i lekkiej improwizacji.
Świetnym dodatkiem były sample wokalne MF Dooma oraz fragmenty oryginalnych nagrań, które pojawiały się tu i ówdzie, wzmacniając klimat i przywołując ducha oryginału. To nie był tylko tribute — to było pełnoprawne, przemyślane i muzycznie mocne przełożenie jednej z najważniejszych płyt alternatywnego hip-hopu na język żywego jazzu.
7/10

Panchiko
Wspominając teraz OFF-a, doszedłem do wniosku, że nie widziałem ani jednego słabego koncertu i żaden z nich mnie nie zawiódł. Niestety, potem przypomniałem sobie o Panchiko.
Wiem, że grają raczej lekko, miejscami monotonnie, może nawet trochę mało oryginalnie. Ale przebijając się przez ich dyskografię i oglądając ich live’y na YouTube, miałem nadzieję na coś bardziej głośnego, onirycznego, dreamy. No i niestety — zawiodłem się.
Po dziesięciu minutach stania rzuciłem do znajomych: „No, w sumie nie jest źle, ale nie jest dobrze.” I to zdanie chyba najlepiej podsumowuje cały koncert. Większość występu przeleciała mi gdzieś bokiem, kompletnie nie przykuwając uwagi.
Legenda głosi, że przez lata grali po pubach i knajpach, aż pewnego dnia znalazł ich manager większej wytwórni i w końcu mogli coś nagrać. No cóż… może lepiej, żeby jednak zostali w tej knajpie.
6/10

Have a Nice Life
Ciężko mi w pełni ocenić ten koncert. Ścisk był ogromny, a gdy podczas występu rozpętała się ulewa, z utworu na utwór w namiocie pojawiało się coraz więcej ludzi. Dodatkowo doszedł mój ulubiony problem: brak odpowiedniego poziomu głośności. A przecież taka muzyka zasługuje na totalny rozkurw z głośników. Tymczasem dostaliśmy coś bardzo zachowawczego. Pewnie ci, którzy stali tuż pod sceną albo w centralnym punkcie namiotu, byli bardziej zadowoleni — ja stałem na wprost lewego głośnika, na wysokości budki operatora. I owszem, słyszałem każdy dźwięk, ale nie z taką siłą, z jaką powinienem.
Możliwe, iż to zwykła plotka, ale później dowiedziałem się, że wybór namiotu zamiast sceny głównej oraz ograniczenia w głośności były decyzją samego zespołu, a nie organizatora.
Pierwsze, co uderzyło mnie od początku, to bardzo czysty wokal. Oglądając ich występy na YouTube, miałem przeświadczenie, że Dan Barrett często fałszuje i bardziej skupia się na scenicznych ruchach niż na śpiewie. A tymczasem — ani jednego zgrzytu.
Na żywo Have a Nice Life odzierają się nieco z tej lo-fi piwnicznej atmosfery, ale tylko do pewnego stopnia. Instrumenty były dobrze zbalansowane i rozłożone w przestrzeni, choć inaczej niż na albumie.
Różnica między płytą a koncertem jest — dość obrazowa: wyobraźcie sobie, że słuchając albumu, leżycie zblazowani w palarni, a do waszych uszu docierają wytłumione, przesterowane piosenki. A będąc na koncercie… po prostu jesteście na koncercie. Proste porównanie, ale odkryłem w nim sporo romantyzmu. To tak, jakby album był wehikułem łączącym słuchacza bezpośrednio z zespołem, jak szklanka między uchem a ścianą – daje próbkę tego, co potrafią na żywo. A koncert zdziera tę senną atmosferę i pokazuje, jaka jest rzeczywistość.
Burza, która zaczęła się dokładnie w momencie, gdy wyszli na scenę, i skończyła się tuż po ich ostatnim numerze, dodała temu wszystkiemu jeszcze więcej symboliki. Ja osobiście jestem pewny, że była to kara dla tych, którzy wybrali się w tym czasie pod scenę główną, na której grał jakiś typ z Eurowizji.
8.5/10

James Blake
Tu pojawia się pewien paradoks, który do mnie dotarł: James Blake jest najpopularniejszym i najbardziej mainstreamowym artystą spośród wszystkich na OFFie, ale jego status headlinera jest najmniej zasłużony. Dla mnie James powinien pełnić taką funkcję jak Sevdaliza rok temu — niby najpopularniejszy, jednak do nominacji na headlinera trochę brakuje.
Jeśli chodzi o muzykę, słyszałem naprawdę różne opinie — od „Skradł mi serce i pokazał wielką klasę” po „To obrzydliwa kocia muzyka”. Absolutnie rozumiem, jeśli komuś James nie trafia do gustu, i potrafię wczuć się w osobę, która słysząc jego wysoki głos połączony z pianinem, ma odruch wymiotny i skojarzenia z Eski. Emocjonalnie zostawiam to pod sąd każdemu z osobna.
Jednak James oferuje znacznie więcej ciekawych elementów w warstwie instrumentalnej i melodycznej, szczególnie na trzech pierwszych albumach. Jego klasyczne podejście do kompozycji, połączone z czerpaniem garściami z różnych gatunków muzyki elektronicznej, daje niebanalne, momentami zaskakujące efekty.
Koncertowo byłem pewny, że niczym mnie nie zaskoczy, bo większość jego utworów doskonale znałem i wiedziałem, jakim pierdolnięciem będą „Fall Back” czy „Voyeur”. Nie tylko zaskoczył, ale oczarował mnie precyzją i dbałością o każdy detal. To nie była jak w przypadku Kraftwerk zimna, niemiecka precyzja, lecz wypracowane przez lata doskonałe wyczucie.
Gdy miało być głośno — było, gdy miało być cicho — było. Kontrast ten towarzyszył przez cały koncert i nie raz zaskoczył mnie potężnym uderzeniem ściany syntezatorowych dźwięków. Można go nie lubić, ale trzeba docenić, i wydaje mi się, że tak jak w przypadku Radiohead, wiele zależy od tego, jaką dysponujemy emocjonalnością.
8,5/10

Niedziela
Ciśnienie
Ciśnienie było moim stuprocentowym odkryciem festiwalowym. Zabawne, bo miałem iść na scenę Trójki, gdzie grał znany mi shoegaze’owy Sunbrella, na którego koncert byłem przygotowany i zupełnie nie sprawdzałem, co grało w tym samym czasie. Przez zupełny przypadek przechodziłem obok Sceny Głównej, na której trwał ich soundcheck. Zainteresowało mnie to i w rozpisce przeczytałem kluczowe stwierdzenia: „Polskie Swans”, „Jak Godspeed You Black Emperor”, „Głośne. Bardzo głośne”. Więcej nie potrzebowałem.
To była głośność, której brakowało mi przez cały festiwal. Intensywność była tak mocna, że powyższe porównania nie były ani trochę na wyrost, a co więcej Ciśnienie dysponuje swoją osobowością i arsenałem. Prócz basu i perkusji były skrzypce, klawisze/syntezatory i saksofon oraz brak wokalu. To wystarczyło do stworzenia kolosalnej ściany dźwięku, która wręcz rysowała się pociągami wyobraźni, a zespół bawił się narastającym napięciem i częstotliwościami. Po takim wpierdolu przyszedł czas na zupełnie inny odjazd.
7,5/10

Seun Kuti & Egypt 80
Syn potężnego, legendarnego Fela Kutiego, który stworzył afrobeat własnymi rękoma. Legenda na tyle potężna, że jedynie syn może się z nią mierzyć. No i właśnie — czy było to aż tak porywające? Czy było zaskakujące? Najpewniejszym minusem jest fakt, że kompozycje Seuna są o wiele słabsze niż jego ojca, są bardziej piosenkowo współczesne, tak jakby chciał otworzyć się na muzykę bardziej przyswajalną.
Grał z równie legendarnym składem Egypt 80, który towarzyszył Feli przez lata. Nie zrozumcie mnie źle — to był serio dobry koncert, zagrany na wysokim poziomie, a cała publika była w idealnym, tanecznym nastroju. W sumie Seun zrobił podobną aurę co HiTech, że zamiast koncertowego klimatu, było bardziej imprezowo, ale może przez to odwróciłem uwagę od samej muzyki, a skupiłem się na tańczeniu i wydurnianiu ze znajomymi.
Z jednej strony czuć było odtwórczość w jego działaniach, a z drugiej niepewną chęć oderwania się od legendy ojca.
8/10

MJ Lenderman
Nie chciałem popełnić tego samego błędu co podczas Have a Nice Life, więc przed końcem Kutiego pobiegłem do namiotu Trójki. Frekwencja oczywiście mniejsza niż na HANL, jednak w połowie koncertu ciężej było się poruszać między ludźmi. Wydaje mi się, że u nas w Polsce MJ nie jest jakoś bardzo rozpoznawalną postacią, choć bardziej niż jego macierzysta formacja Wednesday. Natomiast w USA zyskał popularność, a ostatnio nawet pojawił się w programie „Jimmy Kimmel Live”.
Pomimo iż MJ jest przedstawicielem nowej fali alt-country, to jego koncert był bardzo mocno gitarowy i gdzieś tam przypominał surowe brzmienie Wednesday, jednak jego spokojny, smutny głos wprowadzał mocniejszy element nostalgii. Te z pozoru proste kompozycje nabrały pazura w momencie, gdy zespół postanowił się nieco bardziej odpalić i poimprowizować przy nich. Smutek i pazur – MJ idealnie to połączył.
7,5/10

Pa Salieu
Wybacz Seun, lecz w kategorii Afryka na OFFie zajmujesz drugie miejsce… Pierwsze miejsce należy do Pa Salieu. Wiem, że to trochę karkołomne, bo Seun ze względu na swoje korzenie jest niemal Afryką, jednak muza to muza i ją oceniamy. Pa Salieu również inspiruje się afrykańskimi brzmieniami (w końcu jego korzenie tkwią w Gambii), ale potrafi je bardzo zgrabnie połączyć z nowoczesnymi dźwiękami — czasem trapowymi, innym razem popowymi. Wokół tego można wyczuć funk, soul, a w wersji koncertowej nawet jazz.
Oprawa wizualna również robiła świetną robotę, gdyż sam raper oraz jego crew byli ubrani w wojskowe mundury, idealnie korespondujące z muzyką. Nie czułem się jak na wojnie, ale tańcząc miałem wrażenie, że odbywam jakiś specjalny trening wojskowy. Strzał w dziesiątkę jeśli chodzi o booking, natomiast strzał w stopę, jeśli chodzi o timetable. Musiałem przedwcześnie opuścić Pa Salieu, bo na scenie Trójki grał…
8/10

Geordie Greep
No właśnie. Geordie Greep vs Pa Salieu. W OFFowej zapowiedzi pisałem, że to będzie starcie między Afryką a Europą i jednak się pomyliłem. Pamiętam, gdy pierwszy raz go usłyszałem i przesłuchałem album, po głosie byłem pewien, że to jakiś 60-letni starzec, który w życiu nagrał już wszystko, a teraz po prostu odkręca wrotki. Jakie było moje zdziwienie, gdy odkryłem, że ma zaledwie 25 lat.
To, co zaprezentował Geordie w te około 20 minut, które widziałem, przeszło moje oczekiwania totalnie. Oczywiście nie udało mi się dostać do namiotu i już po minucie wiedziałem, że zmarnowałem każdą sekundę tracąc ten show. Znałem płytę i mniej więcej wiedziałem, jak to wygląda live, ale słuchanie, jak z minimalizmu amerykańskiego przedziera się przez jazz, by dotrzeć do Ameryki Południowej i śpiewać przy tym niczym David Bowie na Blackstar — to był kosmos.
Mam wrażenie, że podczas koncertu przeleciał cały glob i obrócił go do góry nogami. Najlepsze jest to, że jego zespół wcale nie był wielki — składał się z 6 osób: gitara, wokal, bas, wiolonczela, klawisze, perkusja. Całkiem standardowo, jak na kogoś, kto robi fusion stulecia. Szczerze żałuję, że nie mogłem wyciągnąć z tego koncertu więcej.
20 minut wyniosło 9,5/10

Fontaines DC
Był rok 2018. Na głównej scenie miała grać M.I.A., a w tym czasie nieznany nikomu gitarowy skład z Irlandii. Pamiętam, że kiedy odpaliłem jakiś ich numer z ciekawości, uznałem, że wokalista wygląda nieco jak Ian Curtis, a przynajmniej taki vibe od niego czułem.
W dniu koncertu, około 19:00, spotkałem mojego kumpla redakcyjnego, Adama Dąbrowskiego, w strefie medialnej. Dziś to wydaje się nierealny obraz, ale wtedy Adam siedział wgapiony w telefon, a obok niego siedział Grian Chatten. Patrząc na jego twarz ledwo przypomniałem sobie, kim jest — na szczęście w końcu sobie przypomniałem.
Ja: Ooo, poznałeś tego ziomka?
Adam: Którego? Tego? Nie. Cześć.
Grian: Excuse me? Hi!
Ja: This guy is playing here with his band, Adam. I saw your video on YouTube, very nice.
Grian: Thanks!
Ja: Where is your crew?
Grian: Oh you know… Somewhere… I like to be alone these days.
Ja: Really? But why? There’s a bad vibes inside your band?
Grian: Not really, you know, they are my brothers, but sometimes… I like to sit and… write a poem…
Wtedy przyszła reszta ekipy. Pamiętam, że rozmawiałem z Conorem Curleyem i Carlosem O’Connellem. Gdybym wtedy wiedział, gdzie ci goście będą teraz, zapytałbym o numer telefonu dla mojej przyszłej dziewczyny, ale wtedy pytałem ich, jak to jest mieszkać obok Kevina Shieldsa z My Bloody Valentine i jakim jest człowiekiem.
A sam koncert? Widziałem ich 3 tygodnie wcześniej na Pohodzie i byłem szczerze zdumiony, jak lepszy był to występ. Może stałem za blisko, by doświadczyć statycznego tłumu, ale prawa strona dawała radę. Każdy z ich utworów jawił mi się jako wielki hit, który pchał tłum do większej interakcji. Na próżno jednak było szukać interakcji od zespołu — zaraz po ostatnim numerze chłopaki zawinęli się bez słowa, z czym ja przynajmniej nie miałem problemu, bo muzyka wybrzmiała w całości.
8/10

Bad Boy Chiller Crew
Na koniec OFF-a dostaliśmy śmiesznych młodych wujków na weselu, których lepiej się oglądało z bliska niż słuchało z daleka. Takich wybryków jak włączenie Cher nie mogłem znieść, ale cała reszta bassline’owych, mocnych hitów połączonych z ich głośnymi, krzykliwymi wokalami dawała radę. Nawet te organowe synciki, które kojarzą się z radiowym hitem „Show Me Love”, mnie przekonywały.
Czytając komentarze, widzę, że ludzie albo ich pokochali, albo zrzygali podczas ucieczki. Mi momentami też krwawiły uszy, ale jednak to, co oni odwalili na scenie, było idealnym, chamskim zakończeniem dnia.
Z niewiadomych przyczyn skończyli o pół godziny wcześniej, ale kto wie — może po prostu się porobili, a może ktoś im tak powiedział… Nigdy się nie dowiemy.
7/10

