Relacja z OFF Festival 2015

Relacja z OFF Festival 2015

PROLOG:

Adam „Attaché” Dąbrowski: Kolejny raz, gdy zabieram się do pisania relacji z OFFa, strasznie żałuję, że nie przeżyć tego weekendu raz jeszcze, by móc dostrzec to co mogło mi w międzyczasie umknąć. Ostatnio uświadomiłem sobie, że pisanie relacji z tak dobrego festiwalu, jest cholernie trudne, bo z jednej strony chcesz ukazać czytelnikowi w najdrobniejszych szczegółach jak wyglądały poszczególne, często bardzo kontrastujące ze sobą występy i co przykuło twoją uwagę najbardziej, a z drugiej masz świadomość, że nie ma nic gorszego od wtajemniczania się w opowieści z imprezy, na której nie byłeś/aś. Dlaczego to właśnie robimy? Ano dlatego, że mamy poczucie misji by dzielić się z Wami wartościową i ciekawą muzyką, bo obiektywne relacje na kilka zdań, które mówią, że np. „Patti Smith zebrała spory tłum i wszyscy się dobrze bawili” to może napisać każdy. Gdybym miał pisać obiektywnie wrażenia z festiwalu, to cały tekst straciłby w sobie wiele wątków i emocji – to mniej więcej podobny proces, co w przypadku ekranizacji książki. To był najcieplejszy weekend roku 2015 – temperatura przekraczała 35 °C….

Image5

DZIEŃ 1: PIĄTEK

LXMP

Witek Bartula: Pierwszy koncert OFFa i już duże zaskoczenie, bo nie sądziłem, że o godzinie 15 będę tak skory do tańca. Ten duet zagrał syntezatorowo-jazzową elektronikę o IDMowym zabarwieniu. Niesamowita praca perkusji i relacja dwóch muzyków. Serdecznie polecam zaznajomić się z tym projektem

Golden Teacher

W.B. Absolutnie rewelacyjni i transowi na żywo! Ten parunasto osobowy skład z Glasgow sprawił, że deski na scenie eksperymentalnej poddane zostały próbie generalnej – tak ludzie skakali, pobudzeni euforycznymi instrumentami perkusyjnymi i tańcem dwojga wokalistów. Trochę martwiło mnie nagłośnienie, gdyż bass nie był do końca czytelny, ale jako, że była to muzyka bardzo rytmiczna to nie wyprowadziło mnie to z bansowej hipnozy.

Young Fathers

A.D. Miałem ochotę na małą powtórkę z rozrywki, ponieważ byłem już na ich koncercie 1,5 roku temu, kiedy to przybyli do Katowic w ramach Before Tauron Nowa Muzyka 2014 – wtedy „tatusiowie” z Edynburga rozgrzali publikę!

W.B. Byłem bardzo pozytywnie nastawiony na ten koncert. Ich występy, które można zobaczyć na youtubie robią wrażenie – zespół ma energie i potrafi świetnie zaaranżować i rozbudować swoje utwory. Tak było też w namiocie Trójki, jednak nagłośnienie nie wyrabiało i w momentach najbardziej widowiskowych wszystko huczało i robiła się z tego trochę nieczytelna papka. W okolicach 4. utworu sprawa miała się lepiej i moc zespołu była odczuwalna. Fantastycznie potrafią łączyć hip-hopową otoczkę ze śpiewem i syntezatorami. W jednym wywiadzie przyznali, że chcą być wielcy, tak bardzo, że będzie znać ich cały świat. Aż tak wysoko może nie zajdą, ale mają kultowy potencjał.

Ho99o9

A.D. Największą niespodzianką (a nawet szokiem!) 1. dnia, jak i całego festiwalu, był występ Ho99o9, którzy grali na najmniejszej dzikiej scenie, która była rozkładana na drodze w pobliżu wejścia na festiwal. Amerykanie wręcz zdemolowali OFF Festival swoją hybrydą hardcore punku, noise’u i wielu innych rzeczy!! Ich muzykę mogę śmiało porównać do Death Grips z ostatniej płyty The Powers that b… . Wyobraźcie sobie co się musiało dziać na scenie i pod nią…naprawdę nie dało się stać spokojnie!

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=1D2mGzCgrME&w=560&h=315]

Peaking Lights Acid Test

W.B. Jestem fanem tego duetu, uwielbiam klimat gorącego niczym obecne upały dubu i melodyjnego wokalu z otchłani psychodelii. Jednak po ostatniej rozczarowującej płycie rzekłbym, że to szczęście w nieszczęściu, że Indra Dunis nie mogła wyruszyć w trasę a Aron Doyes przybył sam. Mięliśmy więc okazję posłuchać perfekcyjnego dub disco, takiego jaki ja właśnie uwielbiam. Z każdym kolejnym kawałkiem, linią bassową, plumkającymi dźwiękami czułem się jak ryba w wodzie i nie żałuje absolutnie, że ominęła mnie Susanne Sundfor (która ponoć zagrała bardzo ładny koncert). Peaking Lights to zdecydowanie był Acid Test i najlepsza wixa pierwszego dnia.

Sunn O)))

Image1

A.D. Jeszcze nigdy wcześniej nie usłyszałem tak niesamowitego drone’u co na Sunn O)))
Wyobraźcie sobie sytuację, jak przed typowym koncertem – ludzie zbierają się pod sceną i w oczekiwaniu na występ sobie gawędzą; słychać śmiechy, hihy oraz dyskotekowe brzmienia ze strefy Mastercard przy gastro. Na scenę wypełnioną arsenałem wzmacniaczy wychodzi kilku zakapturzonych gości, a po salwie braw następuje to))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=TrD5QC09qZ4&w=560&h=315]

….aż żałuję, że nie uchwyciłem tego momentu, gdy zaczęli grać, bo miny ludzi w tym także moja były bezcenne. Amerykanie byli najbardziej słyszalnym zespołem nie tylko na festiwalu, ale również w samych Katowicach – wydaje mi się, że liczba skarg na hałas była nawet większa niż dwa lata temu podczas My Bloody Valentine.

W.B. Widziałem Swans, widziałem My Bloody Valentine, widziałem The Bug, przyszedł więc czas na Sunn O))). Podobno ludzie wymiotują na ich koncertach. Podobno to najgłośniejsza rzecz jaka może być. Podobno ich koncerty to mistycyzm. Jak to z legendami i pogłoskami bywa, trochę w tym prawdy a trochę koloru. Nie widziałem nikogo wymiotującego, ale fakt, że było to ogromnie ciężkie i głośne doznanie. Tak bardzo, że niestety wytrzymałem około pół godziny dronowej mszy. Znajoma powiedziała mi, że przyjechała na Offa nie znając nic i poszła na Sunn O))) nie wiedząc co ją czeka. I nie wiedziała co robić, bo z jednej strony czuła, że to nie do wytrzymania, że chce stamtąd pójść, a z drugiej strony coś mówiło jej, że musi tam zostać i słuchać. I właśnie o to w tym chodziło, niby tylko głośne buczenie, a jednak chcesz tam zostać i ogłuchnąć. Nie bardzo rozumiem także zażalenia mieszkańców Katowic na zakłócenie ciszy nocnej. Były one totalnie na wyrost. Tak jakby Sunn O))) grali na OFFie co roku…

The Residents

IMG_8203

W.B. Miałem obawy co do formuły tego koncertu, panowie są już dość starzy (istnieją już 40 lat), swoje show ograniczyli do trzech muzyków, a całość była dość statyczna, dodatkowo mieli zagrać tylko nowy album ”Shadowland”. Jednak są to mistrzowie awangardy, którzy mają nieźle nastukane do głowy i ich show okazało się całkiem zgrabne i psychodeliczne. Pomiędzy utworami, w dużej białej kuli pojawiały się filmiki, w których różne postaci w maskach opowiadały dziwaczne historie. W swoim graniu posługiwali się gitarą, wokalem oraz perkusyjnym samplerem. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego wybrali akurat takie rozwiązania instrumentalne i grają właśnie w taki sposób. Jak już pisałem, show było statyczne, ale tak dziwne, że na pewno tego nie zapomnę, a i wywołało u mnie chęć poznania całej ich twórczości, od początku do końca. Z jednej strony monotonne, ale z drugiej chciałem tego słuchać i oglądać. Dalej są tajemniczy, nie wiadomo o co im chodzi i potrafią wprawić słuchacza w zakłopotanie, w którym nie będzie wiedzieć jak się zachować.

A.D. The Residents wzbudził bardzo ambiwalentne emocje. Myślę, że ten występ można traktować bardziej, jako ciekawostkę, performance, niż muzyczne show, choć z drugiej strony mam wrażenie, że ta cała maskarada i historyjka w tle miała za zadanie doprawić odgrzewany kotlet – po 40 minutach miałem już wrażenie, że to wszystko zaczyna gryźć własny ogon. Mimo tego, że nie miałem zupełnie pojęcia, czego się po nich spodziewać to ich występ mnie rozczarował. Zdecydowany przerost formy nad treścią

Dean Blunt

W.B. O ile Residents było dziwaczne, to to… Nie potrafię opisać tego w sposób taki by oddać emocje i co stało się w namiocie eksperymentalnym. Dean znany z bycia muzycznym kameleonem, wije się jak wąż po gatunkach i nie sposób go przypisać do czegokolwiek, gość robi co chce. Koncert był początkowo w totalnych ciemnościach i przez pierwsze 10 minut słychać było tylko puszczane z taśmy, powtarzające się w kółko jedno zdanie, co stylistycznie było nawiązaniem do minimalizmu pokroju utworów Steve’a Reicha takich jak ”It’s gonna rain” czy ”Come out”. Nagle, zupełnie znienacka pojawiło się czerwone nikłe światło rzucone na Blunta, który zagrał kawałki z ”Black Metal”. Wciąż było bardzo ciemno i nie do końca dostrzegłem ilu muzyków jest na scenie, na pewno był gitarzysta, na pewno był Blunt i jeszcze jedna osoba, która była prawdopodobnie odpowiedzialna za sampler i saksofon. Owy saksofon stanowił wstęp do fali noise’u, która zalała publikę zaraz po piosenkach, to był kolejny eksperyment, przeniesienie ludzi z folkowego gitarowego świata w hałas. Następnie stało się coś, co zapamiętam do końca życia, najbardziej ekstremalne doznanie jakie przeżyłem, od którego mogliby się uczyć Sunn O))). W czasie fali noise’u włączył się stroboskop, który świecił w szalonym tempie, wtem rozległ się wysoki, głośny dźwięk, przypominający przeciążenie jakieś maszyny, brzmiało to tak jakby zaraz miało coś wybuchnąć. Wbiło się to tak w moją psychikę, że poczułem jakieś zagrożenie, jakiś dziwny nieopisany chaos, bałem się, że zaraz naprawdę coś wybuchnie i poważnie rozważałem wydostanie się z namiotu. Kiedy wszystko ucichło, Dean muzycznie przeniósł się w bardzo konkretny dub – i to było niesamowite, że przed momentem publiczność była oczarowana i zahipnotyzowana, a w następnej chwili wszyscy zaczęli tańczyć bez reszty. Wyjątkowy koncert, którego nie zapomnę, Dean Blunt jest magikiem i człowiekiem niedocenionym przez prasę i publiczność, tajemniczym i igrającym z ludzką podświadomością. A najlepsze jest to, że prawdopodobnie, w tym wszystkim chodziło o coś czego nigdy nie zrozumiem…

Image4

DZIEŃ 2: SOBOTA

Ketha

W.B. Bardzo ciekawe podejście do metalu. Połączenie ciężkości, jazzowej swobody i ryków wokalnych, spowodowało stworzenie struktur kompozycyjnych, które wciąż ewoluowały. To był nadal metal, jednak bardzo efektownie przerobiony, dzięki czemu wyszedł bardzo ciekawy koncert

Hańba

W.B. Zespół wykonujący muzykę przedwojenną i biesiadną. Pierwszy raz cofnąłem się do okresu międzywojennego w sposób tak prawdziwy i realistyczny. I naprawdę nie spodziewałem się, że można do tego skakać jak do happy hardcore’u, a publiczność będzie tak liczna.

Huun-Huur-Tu

IMG_8227

A.D.Wzruszyłem się na koncercie pochodzącej z Tuwy (republiki wchodzącej w skład Federacji Rosyjskiej) grupy Huun-Huur-Tu, która wykonywała stare regionalne utwory opowiadające o historii miejsca, polowaniach, żołnierzach, Królowej itp. Niesamowite doświadczenie – ich muzyka przypomniała mi o świetnym, nagrodzonym Oskarem i błogosławieństwem Watykanu filmie Akiro Kurosawy „Dersu Uzala”, którego akcja również dzieje się na Dalekim Wschodzie Rosji… na samo wspomnienie aż łezka w oku się zakręciła.

W.B. Podobno muzyka folklorystyczna to muzyka najlepsza. Nie wiem czy najlepsza, ale na pewno piękna, spełniona i perfekcyjna w swojej istocie. Zrobili na mnie duże wrażenie, pokazali co można zrobić z własnym głosem i jak zagospodarować nim przestrzeń dźwięku. Było to doświadczenie, które mam nadzieje sprawi, że wielu artystów coraz śmielej będzie korzystać z folku z najdalszych zakątków świata.

Sun Kil Moon

W.B. No ciężko jest z tym Kozelekiem, bo powszechna opinia o nim nie jest dobra, wręcz bardzo niedobra. Ale jak tu nie wzruszać się przy Benji? Jak nie wybaczyć mu tej bezczelności i chamstwa? Myślę, że nawet fotograf, który został pozbawiony aparatu przez Kozeleka, wybaczył mu to a może nawet wzruszył się na koncercie. Nie spodziewałem się, że te kompozycje zabrzmią tak dobrze, oczekiwałem jedynie akustycznej gitary i lekkiego akompaniamentu perkusji czy basu, a dostałem znane mi utwory przerobione na zespół w mistrzowski sposób. Przez pewien czas nie mogłem dojść do tego, czy na wokal jest nałożony specjalny przester, czy był to błąd dźwiękowców, niezależnie od tego wybrzmiało to znakomicie, szczególnie w najbardziej emocjonalnych momentach, kiedy piosenki osiągały zenit a Mark niemalże krzyczał.

A.D. Ja na szczęście nie dotarłem do namiotu Trójki na początku koncertu 😉 Na koncercie charyzmatycznego Kozeleka były prawdopodobnie największe tłumy, jakie widziałem pod sceną Trójki (w namiocie oraz za nim!) – trudno się dziwić, gdyż jego ostatnie albumy obiły się szerokim echem w internetowych zestawieniach. Ludzie myśleli, że na jego koncercie będą smutać, a tym czasem okazało się, że więcej było powodu do śmiechu i bólu dupy niż płaczu.
Na koniec koncertu w swoim stylu zaczął wręcz freestajlować o Andrzeju Gołocie, podróży do Polski Ryanairem oraz jego rozmowie z ojcem 6 lat temu, który dziwił się, że przeleciał pół świata by zagrać na OFF Festivalu w… restauracji. Mark Kozelek bez wątpienia zostaje mianowany do tytułu największego badassa festiwalu!

Sun Ra Arkiestra

IMG_8265

W.B. Piękno, po prostu piękno. Space is the place! Space is the place! Koncert wywołał we mnie przypływ emocji ogromnej radości i swobody, takiej, jaką niesie ze sobą jazz. Zacząłem się zastanawiać, w jakiej kondycji jest ten gatunek, dlaczego jest go tak mało na festiwalach(a właściwie wcale go nie ma, jest tylko na Offie) i co odpowiada za taki przebieg zdarzeń. Nie czuje, aby ta muzyka się zestarzała, wystarczy posłuchać tego, co niedawno wydał Kamasi Washington, by zrozumieć, ile można czerpać ze spuścizny Sun Ra. Potężny zespół i dużym przeżyciem było być częścią tego wydarzenia.

The Dillinger Escape Plan

IMG_8288

A.D. Ciężko jest mi opisać, co tam się działo, bo to wszystko nie odzwierciedli tego, co się na tym koncercie działo w 100%…. Ależ wejście!! Ależ to był mocny koncert!! Przed OFFem raczej nikt nie miał wątpliwości, że ich koncert będzie jedną z największych bomb tegorocznej edycji festiwalu. W Internetach można znaleźć masę filmików z szalonymi momentami z ich koncertów – w Katowicach takich niecodziennych chwil nie zabrakło, bo kto to widział, aby wokalista ze sceny rzucał mikrofon fanowi, który elegancko go złapał i zaśpiewał zwrotkę po czym chwilę później w taki sam sposób wylądował w rękach wokalisty? 😀 Wydaje mi się, że to był prawdopodobnie najbardziej doceniony (przez ogół) koncert tegorocznego OFF Festivalu.

Ride

IMG_8355

W.B. To na nich czekałem najbardziej, to dla nich przyjechałem. Wszystko inne było nieważne w stosunku do Ride. To już czwarty i ostatni wielki Shoegazeowy zespół, który się reaktywował, więc było oczywiste, że pojawi się na Offie. Było to oczekiwanie, które Artur Rojek musiał wypełnić, by ten festiwal był spełniony. Niektórzy mieli obawy, co do ich kondycji, ja specjalnie obudziłem się o 7 rano żeby oglądnąć ich koncert transmitowany z Coachelli, potem oglądałem ten z Primavery i od razu wiedziałem, że są w genialnej formie. Setlista, tak jak w przypadku Slowdive i MBV, była przekrojem ich dwóch najwybitniejszych płyt oraz EPek. Ostatnio czytałem jakąś relacje z tegorocznego OFFa, w której dziennikarz napisał: „te wszystkie Shoegazeowe zespoły brzmią dla mnie tak samo”. Oj Kolego, gdybyś ty wiedział czym jest shoegaze… Byłem na wszystkich czterech koncertach i różnice są tak diametralne, że trzeba serio siedzieć całe życie w ”Nevermind” albo całymi dniami śpiewać ‘Nothing else matters”, by tego nie słyszeć. Począwszy od ”Leave Them All Behind” aż do ”Chelsea Girl” był to koncert dopracowany w 100%. Brakowało mi trochę rozwinięcia niektórych kompozycji, tak np. jak Slowdive zrobili to z ”Golden Hair” rok temu, ale Ride uzupełnili to mistrzowską ścianą dźwięku przy ”Drive Blind”. Ich technika grania utworów była bardzo zbliżona do tej na płytach, ktoś powie, że to minus, ale już same te zabiegi, które mogły być po prostu odgrywane, były genialne. Przykładem niech będzie moment przyśpieszania tempa w końcówce ”Seagull”, dla mnie jeden z lepszych momentów Offa. Nie zagrali mojego kochanego ”Today”, ale zagrali mistrzowskie ”Paralaysed”, które jest dla mnie hymnem tego zespołu, a i łezka w oku pociekła. Przy ”Dreams Burn Down” wzruszyli swoim śpiewem by w moment zalać potężną ścianą gitar, a potem znowu wokal i znowu ściana. Piękne! Zastanawiałem się co chcą przekazać swoim powrotem, niektórzy piszą, że to tylko chwilowy powiew sentymentu, że nic nowego się tu nie zrodzi a Shoegaze odejdzie w ostatecznie zapomnienie. Nic podobnego. Nie zdziadziali, nie zestarzeli się. Widać, że mają misję do spełnienia, tę samą, którą mieli 20 lat temu. Bez image’u, bez lansu, bez groteski, liczy się tylko muzyka, tylko gitary i to co z tych instrumentów wydobędą. Przykro było patrzeć na to jak z utworu na utwór jest coraz mniej ludzi, przypomniał mi się Mogwai na Czyżynaliach, a ja przecież jestem na OFFie do cholery. Z przykrością stwierdzam, że cała ta 3. letnia próba shoegaze’acji naszej Polandii poszła na marne. Więc co będzie dalej? Czas pokaże. MBV wydali genialny, choć niezauważony przez ludzi album, Slowdive już nad swoim materiałem pracują a Rachel udziela się we wspólnym nowym projekcie wraz z muzykami Mogwai.

IMG_8407

A.D. W 100% się z Tobą zgadzam. Również byłem pod wrażeniem Ride i właśnie najbardziej zabolało mnie to, że ludzie w ogóle się nie bawili, tak jak choćby na The Jesus and Mary Chain rok temu – nie mam na myśli jakiejś rzeźni, jak choćby na godzinę wcześniej występujących Dillingerach, ale żeby, chociaż poskakać, potańczyć… dosłownie na dwa ostatnie kawałki znalazła się(w końcu!) nie wielka grupka, która zrobiła pogo. Naprawdę nie mogę pojąć, dlaczego przy takiej muzyce większość ludzi stała jak kołki wbite w ziemie – z resztą zobaczcie sobie nagranie z ich pierwszego koncertu w Polsce, który odbył się 22 lata temu w warszawskiej Stodole! Właśnie takiego zaangażowania publiczności w show mi brakowało. Oczywiście nie do wszystkich ich kawałków wypada skakać, ale mam wrażenie, że bezczynne stanie do tak zacnych numerów jak Time to Her Time czy Taste to już mi podchodzi pod ignorancje.

IMG_8456

Hailu Mergia

W.B. Strasznie się nawkurzałem na tegoroczną publiczność, bo to już kolejny genialny koncert, na którym było tak malutko ludzi. Wszyscy poszli zobaczyć Rona Morelliego i Low Jacka, ale ja wiedziałem, że tu na scenie eksperymentalnej zagra mistrz klawiszy i legenda Etiopijskiego jazzu. Hailu Mergia wraz z Mikem Majkowskim na kontrabasie oraz Pawłem Szpurą na perkusji pokazali, że tak niewiele jak trio jazzowe może siać spustoszenie muzyczne i taneczne. Rozdarli mnie na pół, bo jednocześnie byłem niesamowicie wkurzony, że jest około setka ludzi, z drugiej strony wyczyniali na scenie takie rzeczy, że mój poziom endorfin gwałtownie skakał w momentach, w których oni chcieli. Nawet Ride mnie tak nie zniszczyli, oni zrobili coś czego się spodziewałem, natomiast to trio sprawiło, że co chwilę łapałem się za głowę z niedowierzaniem co tu się dzieje. I takie koncerty OFFa są chyba najbardziej wzruszające, kiedy starszy jegomość gra bardzo elegancką muzykę na najmniejszej scenie o 2 w nocy dla małej ilości osób. Całość była piękna i bardzo osobista, muzycy idealnie się rozumieli, idealnie poruszali się pomiędzy swoimi dźwiękami i sprawiali, że kompozycje ewoluowały w nieoczywisty sposób i nieoczekiwanie powracały do swoich standardowych figur.

11906944_1161112830572818_934785094_o

Ron Morelli & Low Jack

A.D. Uwielbiam OFF Festival za to, że poza muzyką gitarową oferuje również innowacje w muzyce elektronicznej – w tym uwielbianego przez nas techno, które mam wrażenie od pewnego czasu oscyluje wokół Berghain Sound. Na występie Panów z L.I.E.S. można było usłyszeć utwory bardzo ambitne, które niekoniecznie zniechęcały do tańczenia, a wręcz przeciwnie – dobrze, że tacy ekscentryczni producenci techno istnieją.

[soundcloud url=”https://api.soundcloud.com/tracks/202911562″ params=”auto_play=false&hide_related=false&show_comments=true&show_user=true&show_reposts=false&visual=true” width=”100%” height=”450″ iframe=”true” /]

Lee Gamble

A.D. To również był magiczny występ, ukazujący niekonwencjonalne podejście do techno. Jego muzyka przypominała mi po trochu naszego rodzimego Wudeca – coś między ambientem. witchhousem, psychodelicznym dubem. Wytańczyłem się!

[soundcloud url=”https://api.soundcloud.com/tracks/212634768″ params=”auto_play=false&hide_related=false&show_comments=true&show_user=true&show_reposts=false&visual=true” width=”100%” height=”450″ iframe=”true” /]

DZIEŃ 3: NIEDZIELA

Złota Jesień

W.B. Pisze się o nich, że brzmią jak My Bloody Valentine w latach 80tych i jest w tym sporo prawdy. Zdecydowanie najgłośniejszy polski zespół tegorocznej edycji, ale taki, który zachowuje czystość brzmienia i przy którym można rozkręcić całkiem sensowne pogo.

Ukryte Zalety Systemu

IMG_8467

A.D. A mnie ze wszystkich polskich zespołów na OFFie najbardziej podobał mi się wyżej wymieniony post-punkowy zespół, w którego muzyce słychać ducha polskiej muzyki nowofalowej lat 80. Do dziś mi chodzi po głowie tekst „Projekt ten jest finansowany ZE ŚRODKÓW PARTII!”. Bardzo wciągająca rzecz!

IMG_8481

Innercity Ensemble

W.B. Zauroczyli mnie od pierwszego odsłuchu. Znacie Kilimanjaro Darkjazz Ensemble? No to Innercity są ich polskim odpowiednikiem, który bardziej niż w stronę jazzu, udaje się w mistycyzm, gitary i instrumenty perkusyjne. W jego skład wchodzą rewelacyjni muzycy między innymi z HATI czy Starej Rzeki, a więc to musiało się udać. Koncert był, jak ich każdy, improwizowany, bardzo hipnotyczny z rozbudowanymi aranżacjami i chyba najlepszy z polskich.

Steve Gunn

IMG_8502

A.D. W tym samym czasie, co Innercity Ensemble grał na głównej scenie, w namiocie Trójki grał amerykański tekściarz i gitarzysta Steve Gunn wraz z zespołem i jestem absolutnie zachwycony tym wyborem, ponieważ to był jeden z najlepszych punktów tegorocznego OFF Festivalu – szkoda, że nie zebrał on tłumów, ale dochodzę do wniosku, że to jest cała istota dobrego festiwalu – niespodzianka zawsze czai się gdzieś na uboczu. Jego muzyka wykraczała daleko poza tym, co można było usłyszeć w jego dyskografii, na których przeważnie możemy usłyszeć akustyczne kompozycje – tutaj całość z użyciem gitar elektrycznych i efektów przypominała mi space rock pokroju Spirituralized! Idealna propozycja dla marzycieli i miłośników podróży.

Ann Liv Young

W.B. Ja chyba się nie chce podjąć opowiedzenia tego, co się tam stało…

A.D. Ja również heheheh…

IMG_8558

W.B. Performerka pojawiła się z laptopem i swoim mężem, który był jednocześnie jej ochroniarzem partnerem widowiska i nagrywał całe widowisko. Wcieliła się w rolkę typowej feministycznej artystko aktywistki, która powielała schematy niszczenia stereotypów oraz granic tego, co dozwolone i niedozwolone w sztuce i moralności ludzkiej. Włożyła w to gender, włożyła w to rasizm, krytykę kościoła i wszystkie inne współczesne modne hasła. Skąd wiadomo, że była to parodia a nie świadome działanie? Ponieważ Ann sama powiedziała, że jest aktorką, co jakiś czas mrugając do widowni, że to, co mówi i robi nie jest na poważnie. Tak, więc na początku mówiła, że jest to jej show i jeśli komuś się nie podoba to może spierdalać, ale z drugiej strony należy być otwartym i mówić to, co się czuje, więc jeśli ktoś chce coś powiedzieć niech się nie wstydzi. Poszła o krok dalej i zaczęła wybierać z widowni ludzi i pytać ich czy podoba im się to, co ona robi. W pewnym momencie uczepiła się jakiejś biednej pary, która zaczęła się całować. Zakrzyczała do dziewczyny: „Hej ty, czemu go całujesz podczas mojego show?! Kim on tak w ogóle jest? Twoim mężem? Kochankiem? Obcym? Odpowiadaj mi tu!” Kazała swojemu partnerowi dać im mikrofon, ale para ani myślała odpowiadać i zaczęła uciekać. Wtedy Ann wybiegła ze sceny za nimi i całość przeniosła się przed namiot. Tam ludzie zebrali się w kółku by obserwować, jak Ann rozmawia z dziewczyną i jej chłopakiem. Trwało to dobre 15 minut, po czym wróciła na scenę i z laptopa włączyła Rihanne, do której zaczęła śpiewać (a trzeba przyznać głos miała rewelacyjny!) czym wprawiła publiczność w jeszcze większe zakłopotanie niż The Residents. Patrzyła na ludzi i zaczęła się zastanawiać, dlaczego jest tu tak mało kolorowych. Spytała, więc swojego towarzysza, na co on odpowiedział: „Bo jesteśmy w Polsce”. Wzrokiem wyłapała jakiegoś czarnoskórego i spytała się go skąd pochodzi.

A.D. Był z Angoli

W.B. Zaczęła pytać jak się tu dostał i jak mu się podoba. Na koniec zaczęła skakać, robić fikołki, rozbierać się, a także swojego męża. Jego na szczęście zostawiła w majtkach, ale sama nie miała zahamowań. Potem zrobiła coś, czego nie widziałem na żadnym występie/koncercie… Chwyciła za swoją pierś, ścisnęła z całej siły i zaczynała lać mlekiem po publiczności, pytając czy chcą jeszcze. I tym skończył się ten performance, a ja czytając swój tekst dalej nie wierzę w to, co widziałem.

Arto Lindsay & Band

11884074_1161112847239483_2086892998_o

W.B. Kurator sceny eksperymentalnej, dał najlepszy koncert dnia. Podobnie jak w przypadku Sun Kil Moon, utwory zostały za sprawą zespołu zupełnie inaczej zbudowane. Przykładem niech będzie jego najpopularniejszy utwór ”Illuminated”, który za każdym razem gra zupełnie inaczej. Arto przemieszczał się między gatunkami, które w zasadzie nie mają ze sobą nic wspólnego, a które on przez lata eksplorował na swoich albumach. Raz potrafił grać niczym Swansi(co ciekawe ułożenie sceniczne do złudzenia przypominało Swans), dziko, głośno i mocno, by zaraz zaśpiewać brazylijską balladę. Przy ostatnich utworach przeniósł się w rejony trip-hopu, perkusja do złudzenia przypominała mi brzmienie Portishead czy Trickyego, co spowodowało natychmiastowe rytmiczne podskakiwania publiczności. Naprawdę było to typowo OFFowe odkrycie dnia i genialny koncert, nietuzinkowej osobowości, która zdaje się być zagubiona w muzycznym świecie… Ale tak na dobrą sprawę, co w tym złego? Skoro mimo podeszłego wieku Arto bawi się znakomicie i widać, że kocha to co robi.

Patti Smith gra „Horses”

IMG_8772

A.D. „Jesus died for somebody’s sins, but not mine”

Ależ ta kobieta ma energię, zapewne nikt nie żałuje, że był na jej koncercie! Przed OFFem miałem obawy, czy Patti Smith jest dobrym wyborem Artura Rojka na headlinera tegorocznej edycji festiwalu – w tamtym roku The Jesus And Mary Chain również powracało na największe muzyczne festiwale w tym do Katowic i niestety dupy na żywo nie urywało… na szczęście w przypadku Patti było dużo lepiej! Artystka przyciągnęła prawdopodobnie największe tłumy o bardzo mocno rozstrzelonym przedziale wiekowym.

IMG_8674

Glooooooooooooria!

Nie zabrakło również wątków politycznych (potępienie ataków nuklearnych USA na Hiroszimę i Nagasaki oraz apel o redukcję broni) oraz wspomnienia legend rocka, które przedwcześnie odeszły jak np. Jima Morrisona, czy Jimiego Hendrixa. Po jej koncercie znaczna część ludzi opuściła festiwal.

IMG_8704

Iceage

A.D. Uczta dla miłośników post-punku! Jeśli ktoś myślał, że na żywo ta duńska kapela wypada mizernie, ten był w błędzie. Charakterystyczną cechą tego zespołu jest bardzo specyficzny wokal Eliasa Bendear Rønnenfelta, który „śpiewa”, a raczej mówi i wykrzykuje teksty w taki sposób jakby był wszystkim zmęczony. Wszystko bardzo dobrze trzymało poziom – od formy zespołu, po formę energicznie skaczących i przepychających się ludzi pod sceną. Świetny koncert!

IMG_8831 IMG_8911

Run The Jewels

W.B. Martwiłem się trochę o to, jak wypadnie ten występ, bo raz, że RTJ nie grają już z zespołem, a tylko djem, co automatycznie sprawia, że możemy zadowolić się streamingiem i oglądaniem koncertu w domu, bowiem utwory puszczane przez dja brzmią tak samo jak na płycie. Dwa, jest to zespół hip-hopowy czyli OFFowej publice może nie przypaść aż tak bardzo do gustu. Trzy, byli na scenie głównej, która ma słabe nagłośnienie. Jednak jak na jeden z najlepszych składów ówczesnego hip-hopu wypada, mieli ogromną ilość energii takiej, która porwała cały tłum, a trzeba przyznać, że zgromadził się całkiem spory. Nagłośnienie było słabe, szczególnie w pierwszych rzędach, więc jeśli organizatorzy chcą powtarzać takie występy to serio, niech zainwestują w dobre doły, bo to właśnie bass jest podstawą takich koncertów. Niektórzy obawiali się też kondycji Killer Mike’a, ale ten dał sobie świetnie radę, nawet w taki upał. Sam jestem fanem El-P i ten także sobie poradził napędzając imprezę. Wiadomo, że są zaangażowani politycznie i dali temu wyraz, kiedy kazali pierdolić rząd i wyjawili pięć rzeczy, które każdy robi. Co jest fascynujące w tym duecie to to, że poruszają dość powszechne przez raperów tematy, ale absolutnie nie zakwalifikujemy tego do gangsta rapu, bo robią to w swoim własnym stylu, nie powtarzając stereotypowych, hip-hopowych zabiegów sprzed lat. Cieszy mnie, że ten duet w końcu doczekał się u nas sławy, nie znają go młodociani podwórkowi gangsterzy, czy gimnazjalistki słuchające Grubsona. Znają go ci, co powinni a także ci, dla których hip-hop był czarną magią.

IMG_9009 IMG_9030

Dj Nigga Fox

W.B. Mistrz! Do końca życia nie zapomnę jak przypadkowo trafiłem na jego set na Unsoundzie w 2013 i zostałem już do końca. Już tam zrobił rozwałkę, ale to co się działo na OFFie, przebiło wszystko. Kuduro i dancehall, bo takie klimaty grywał, porwały cały namiot i nie

[soundcloud url=”https://api.soundcloud.com/tracks/216294606″ params=”auto_play=false&hide_related=false&show_comments=true&show_user=true&show_reposts=false&visual=true” width=”100%” height=”450″ iframe=”true” /]

EPILOG

A.D. Są takie festiwale, po których człowiek z jednej strony ma doła, że już koniec, a z drugiej się cieszy, że miał przyjemność to przeżyć na własnej skórze – nie inaczej jest z OFFem, który nie przestaje zaskakiwać. Niestety kilka dni przed festiwalem rozchorowałem się, ale na szczęście udało mi się, choć w połowie poskładać swoje zdrowie na pierwszy dzień festiwalu – pomimo, że po zakończeniu imprezy jeszcze musiałem dojść do siebie absolutnie nie żałuję tych dni. Tegoroczną edycję uważam za udaną, mimo, że propozycję na pierwszy dzień festiwalowy muzycznie oceniłbym na szkolne -4. Nie potrafię wskazać jednoznacznie najlepszego występu, jak choćby rok temu – w sumie to z każdego, można było coś wynieść, choć mi najwięcej frajdy sprawiły te oto kapele: Ho99o9, The Dilliger Escape Plan, Ride, Steve Gunn, Patti Smith, Iceage, Sun Ra Archestra, Run The Jewels i z klubowych to Lee Gamble. Z Polski najbardziej przypadł mi do gustu zespół Ukryte Zalety Systemu.

W.B. Ja w trakcie powrotu do domu nie potrafiłem sobie wyobrazić, że tego dnia nie zejdę drogą i nie spotka mnie szyld z napisem OFF. I chyba po żadnym festiwalu tak bardzo nie cierpię jak właśnie po OFFie i nie chodzi tu o samą muzykę – w tym miejscu się po prostu genialnie wypoczywa. To chyba najlepszy wypoczynek, jaki mogę sobie w ciągu roku zafundować. Jedynym minusem staje się coraz bardziej wymagająca publiczność, która stoi na koncertach ze splecionymi rękoma i ocenia każdy występ, ale ją akurat tworzy każdy z nas. OFF staje się festiwalem z jednej strony coraz bardziej przyjaznym, ładnym i ślicznym, na który można przyjechać z całą rodziną, a z drugiej, coraz bardziej surowym, poszerzającym granice i łamiącym ramy muzyki klasycznej, poważnej, rozrywkowej, tanecznej czy folkowej… no bo który festiwal odważyłby się zapraszać legendy jazzu z Etiopii, czy stworzyć całą folklorystyczną scenę? To oni byli prekursorami w zapraszaniu The National czy Swans zanim stało się to fajne. Celem OFFa jest edukacja muzyczna oraz postawienie wszystkich gatunków do tego samego poziomu, bez oceniania, który z nich jest lepszy i wyłowienie z nich niespotykanych, ciekawych artystów. To najlepszy festiwal w Polsce, a chodzą słuchy, że także w Europie. By jednak to docenić, potrzebna jest duża otwartość oraz wiedza muzyczna. Jak więc ocenić tę edycję? Cóż, na 10-lecie miałem nadzieję na lepszych headlinerów, pamiętam jak w marcu śniłem o The Cure i to by było ogromne wydarzenie. Jednak jubileusz był po prostu kolejną świetną edycją, której postawię 4 z grubym plusem.

Image2