Tauron Nowa Muzyka Katowice 2017 – relacja

Tauron Nowa Muzyka Katowice 2017 – relacja

Witek Bartula. Tauron Nowa Muzyka to festiwal, który zawsze był dla mnie najmocniejszym i ostatnim punktem okresu festiwalowego. Był także cudownym zwieńczeniem wakacji i dawał energię na powrót do rzeczywistości dnia codziennego. Tym razem organizatorzy postanowili przenieść wydarzenie na początek lipca co nie wpłynęło na klimat, ale zawiesiło wysoko poprzeczkę następującym po nim festiwalom i wydarzeniom muzycznym. Nawet moi znajomi, którzy byli w tym roku po raz pierwszy przyznali, że nie bardzo chce im się już jechać na cokolwiek, bo tutaj doznali najlepszej zabawy. Jak co roku Tauron przeszedł lekkie zmiany co do położenia scen, dwie główne mieściły się w centrum kongresowym dzięki czemu rozłożenie ludzi na terenie festiwalu zmniejszyło kolejki, ale z drugiej zwiększył się czas dojścia pomiędzy scenami. Nie pomogła też rozpiska czasowa, gdyż były momenty, że nakładało się na siebie aż 4 artystów, których chcieliśmy zobaczyć, przez co trzeba było dokonywać niełatwych wyborów. W ostateczności jednak wszystko to jest dowodem potęgi tegorocznego line upu.

The Cinematic Orchestra

W.B. Zagrali na koncercie otwarcia festiwalu w sali NOSPR o doskonałej akustyce. Widziałem ich już dwa lata temu w Krakowie i szczerze mówiąc zagrali wtedy bardziej żywo, a nawet dłużej. Koncert na Tauronie absolutnie nie był zły, zagrali to co powinni zagrać i na szczęście bardziej postawili na jazz niż piosenki, które w ich przypadku bywają mdłe i miałkie. Cieszy mnie też bardzo, że Tauron nie zrezygnował z prezentowania jazzu na festiwalu, a Cinematic Orchestra pod tym względem nie zawiedli.

Adam „Attaché” Dąbrowski. Rok temu frekwencja koncertu otwarcia (Grała orkiestra NOSPR + Pianohooligan) była niezbyt zadowalająca, dlatego myślę, że zaproszenie Cinematic na otwarcie festiwalu było strzałem w 10. Popularność zespołu w Polsce jest niezaprzeczalnie duża, dzięki czemu NOSPR był wypełniony po brzegi. Cały numer Burn Out słuchałem z zamkniętymi oczami w melancholii. Piękna muzyka.

Niemoc

W.B. To zachwycające trio od samego początku mnie porwało. Gatunek jakim jest Cold Wave doskonale sprawdza się w wersji tanecznej, operowali fantastycznym brzmieniem gitar, ostrym, silnym i tego właśnie trochę mi brakowało podczas całego festiwalu. Koniecznie ich sprawdźcie, bo to kolejny polski zespół, który należy promować za granicą.

Taco Hamingway

A.D. 2 lata temu tylko na moment zagościłem na jego kameralnym koncercie w amfiteatrze NOSPR – jak się okazało, był to przełomowy występ Taco, bo hajp w mediach na jego osobę osiągał wtedy monstrualny poziom. Kiedy zobaczyłem, że zagra na start wieczora to stwierdziłem, że w końcu mam szansę by zobaczyć czym ludzie się jarają i czy serio warto. Kiedyś nawet sam Taco wspomniał, że poza fanami istotna jest dla niego również niewtajemniczona publiczność. I wiecie co? Milion fanek nie mogło się mylić. Nie sztuką jest stać się artystą jednego przeboju – sztuką jest utrzymać ten poziom, a Taco daje sobie całkiem dobrze z tym radę. Bardzo przyzwoity występ i miejmy nadzieję, że sodówa mu nie odbije.

DEAS/AGIM

W.B. Agim znany z zespołów Oszibarack i Nervy od roku działa solo, ostrożnie wydaje kolejne utwory, które znajdują coraz więcej odbiorców (koniecznie sprawdźcie Panzerchocolade wraz z teledyskiem!), a to dopiero rozgrzewka przed nadchodzącym długograjem. Na Tauronie połączył siły wraz z DEASem, krakowskim DJem i producentem, który działa aktywnie także poza granicami kraju. Ta dwójka była pierwszym mocnym techno uderzeniem tego dnia i pomimo lekkich problemów technicznych, wątpię by sam Max Cooper, grający o tej samej porze, dowalił mocniej.

Max Cooper

A.D. To był pierwszy festiwalowy dylemat – ja wybrałem Maxa. Pazur Chrisa Clarka + Przestrzenność Jona Hopkinsa + melancholia Kiasmos = Max Cooper! Magia!

Cat Power

W.B. Koncert Cat Power opisywany jest przez media jako kontrowersyjny ze względu na niewpasowanie się w festiwalowy klimat oraz ludzi, którzy prowadzili głośne rozmowy i chyba oczekiwali czegoś innego. Artystka wystąpiła solo, mając do dyspozycji tylko gitarę i panino. Fakt faktem, że jest to wyzwanie by mając tylko dwa instrumenty i swój głos, przykuć uwagę słuchacza na godzinę, ale jej się to udało. Zagrała naprawdę bajecznie i był to bardzo miły odpoczynek przed dalszą częścią festiwalu. Poza tym jej koncert wpisywał się w tauronową różnorodność, którą inne festiwale mogą pozazdrościć.

A.D. Bardzo przyjemnie się jej słucha w warunkach domowych, albo na przejażdżce rowerowej w parku, ale podczas tego koncertu trzeba było znaleźć sobie miejsce blisko sceny, bo im dalej tym gorzej. Dlaczego jej występ nie odbył się na Sali kameralnej NOSPR? Gdyby tam grała to publiczność nie zachowywałaby się tak głośno jak na głównej scenie – gwar ludzi bardzo popsuł odbiór koncertu, a wielka szkoda. To był prawdopodobnie najspokojniejszy występ tegorocznej edycji festiwalu, nie licząc Williama Basińskiego.

!!! (chkchkchk)

A.D. Poznałem ten zespół prawie 10 lat temu, kiedy to ich kawałek stał się soundtrackiem gry FIFA 08. Rzuciła mi się w oczy nazwa, której nie potrafiłem wyczytać – wpierw myślałem, że to „aaaaaa!!!”, a dopiero później dowiedziałem się, że mówi się na nich „czikczikczik”. Wesołki, którzy grają w deseń zespołów DFA Records, choć sami wydają w Warpie, który zdecydowanie nie jest kojarzony z hybrydą rocka i disco. Byłem na tym koncercie z kumpelą, która w połowie występu stwierdziła, że grają dość monotonnie. Postanowiłem wyjść w połowie i udać się w stronę kopalni, gdyż chciałem się później wybrać na Forest Swords. Miałem spory zapas czasowy, więc wstąpiłem sobie na scenę Red Bulla, a tam…..

Aux 88

W.B. Śmiało można powiedzieć, że najlepszą imprezę tego dnia rozkręcił duet z Detroit. Charyzma, wizerunek sceniczny przypominający Kraftwerk w czarnej odsłonie, tradycja oraz miłość do rodzinnego miasta oraz kontakt z publicznością – to wszystko sprawiło, że prezentowane przez nich techno było tym, które znamy z najstarszej postaci. Ich surowe brzmienie łączyło się z ciepłymi melodiami i wokalem obu panów, który oscylował między rapem, śpiewem a recytacją. Ważny był to koncert, bo przypomniał skąd wzięło się techno i jego szlachetność.

Gang Gang Dance

W.B. To był zdecydowanie najważniejszy koncert tegorocznego Taurona. Przez ostatnie miesiące sporo ich słuchałem i czytałem o nich. Teraz jestem już po koncercie i dalej nie potrafię jasno powiedzieć co tak naprawdę grają. Jest tu tyle elementów różnych gatunków i wiele z nich miało odzwierciedlenie w grze na żywo, co robiło spore wrażenie. Napisałem, że był to koncert najważniejszy, ale jednak nie najlepszy. Zabrakło mi tych bardziej znanych utworów z albumu Eye Contact, oraz wciągającej tanecznej rytmiki. Coś za coś, bo w zamian bawili się formą piosenek, przedłużali noisowe momenty i bardziej brzmiało to jak przyzywanie jakiegoś pradawnego bóstwa niż wykonywanie szamańskiego rytuału. W pewnym momencie w sali nagle włączyło się światło, co bardzo psuło cały nastrój i dopiero po trzech piosenkach zostało wyłączone. Sumując, zagrali bardzo dobry koncert, ale mam wrażenie, że lepiej sprawdziliby się w słoneczny dzień. Może OFF Festival za rok?

Forest Swords

A.D. Gang Gang Dance widziałem już 5 lat temu, a w sytuacji kiedy ich występ nakładał się z Forest Swords, którego nie widziałem, postanowiłem wybrać to drugie… i nie żałuje, nawet pomimo tego, że występ ten nie był zbyt taneczny i teraz jak sobie o nim pomyślę to niewiele detali pamiętam. Trzeba było się skupić, a ogromną radość sprawiają mi połączenia elektroniki z muzyką gitarową. Uwielbiam numer Miarches – ma w sobie duszę post-rockowych klasyków z lat 90. Po Tauronie włączyłem sobie dyskografię i myślę, że jak będzie okazja to jeszcze zagoszczę pod sceną na ich koncercie.

Clark

A.D. Ze wszystkich występów Clarka, na których byłem (włącznie z dwoma, na których miałem przyjemność go supportować) ten był najlepszy. Set lista, była złożona tylko z numerów z ostatnich dwóch płyt + Superscope – generalnie jego ostatnie dokonania stylistycznie za bardzo nie różnią się od siebie. Pierwszy raz nie zagrał hiciora Growls Garden, także Chris nie zwalniał ze 130 bpm. Niebotyczną rolę w show Clarka odegrały dwie zamaskowane tancerki, które w swoim tańcu, prostych ruchach idealnie synchronizowały z muzyką i światłem. Świetne!

Kangding Ray/Avalon Emerson

A.D. Zaraz po Clarku pobiegłem na jego set. Kilka minut przed moim przybyciem miała miejsce (o ironio) awaria prądu wskutek czego cały namiot + strefa gastronomiczna, pogrążyły się w ciemnościach. Kangding Ray zagrał w swoim stylu – mrocznie i surowo, a po nim Avalon Emerson rozluźniła atmosferę housowymi numerami – fajna dziewczyna!

Lotto

W.B. W zeszłym roku widziałem ich już na OFFie i od razu stali się dla mnie wielkim odkryciem. To trio w składzie: kontrabas, perkusja i gitara, gra senne, powolne, minimalistyczne kompozycje, idealnie nadawające się do kameralnej sali NOSPR. Nie na darmo ich drugi album został doceniony i uznany za przebój 2016 według Gazety Wyborczej.

Christian Loffer & Mohna 

A.D. Coś dla miłośników chillwaveu – bardzo ładne połączenie kobiecego wokalu z delikatną elektroniką, choć wydaje mi się, że koncert ten odbył się trochę za wcześnie. Nie mniej jednak koncert zachęcił mnie do wtajemniczenia się w twórczość Loffera.

DTEKK

A.D. Wydaje mi się, że w naszej polskiej mentalności mamy zakodowane to, że olewamy naszych rodzimych artystów na rzecz tych zagranicznych, ponieważ myślimy sobie, że przecież jeszcze będzie nie jedna nie dwie okazje ich posłuchać, podczas gdy z przyjezdnymi już niekoniecznie. DTEKKa wtajemniczonym w polską scenę klubową przedstawiać raczej nie trzeba. Od samego początku wejścia w namiot Red Bulla zacząłem skakać jak Bez z Happy Mondays.. skakałem tak do samego końca. Selekcja utworów oscylująca w klimatach ghetto, techno itp. doprowadziła mnie do stanu euforii. Parafrazując youtubera Dommanu „DTEKK to prawdziwy rzeźnik!”. Dla mnie jak na razie set roku! Brawo Jędrzej!

Gold Panda

W.B. Po raz pierwszy w Polsce i bardzo cieszę się, że właśnie na tym festiwalu. Gold Panda znany jest z chillwave’owych produkcji podszytych Housem i orientalych, melancholijnych sampli. Na żywo zagrał dużo utworów ze swojej nowej płyty przeplatając beatowe struktury z housową rytmiką. Kulminacją występu był jego wielki hit You, który zaprezentował w trzech różnych stylach, zahaczając nawet o dubstep. Cudownie, że jego muzyka na żywo zyskuje element imprezowy nie tracąc przy tym na emocjach.

Piernikowski

A.D. To był jeden z moich własnych headlinerów tegorocznego Taurona. Tydzień przed festiwalem nie czułem się najlepiej – sprawy sercowe itd. No Fun Piernikowskiego pomógł mi się ogarnąć i na pewno w przyszłości będę wspominać lato 2017 przez pryzmat tej płyty. Na początku koncertu atmosfera wśród publiczności była drętwa – pełno dymu, cisza, skupienie, ludzie siedzieli. Pierwszy utwór Jutro będzie inaczej – śpiewam z kumplem, w pierwszym rzędzie, a ktoś z tyłu gada byśmy nie śpiewali. Wkurw. Czekamy na moment, kiedy ludziom puszczą hamulce i zaczną się bawić. Gdy jako drugi poleciał numer Trwamy jeden gość zaczął tańczyć pod sceną, postanowiliśmy się również dołączyć i razem śpiewać… i tak dołączyła się do nas kolejna grupka ludzi.. i kolejna… a potem fotoreporteży itd. Był to absolutnie niezapomniany występ i cieszę się, że tam byłem. Piernikowski w swojej twórczości jest bardzo naturalny, szczery, surowy, mroczny… czasem mam wrażenie, że bliżej mu do post-punku aniżeli rapu. Szczerze mówiąc poczułem większą wspólnotę z jego muzyką niż z Radiohead na Open’erze.

Róisin Murphy

A.D. Na koncercie Piernikowskiego spotkałem kumpelę, którą poznałem pod sceną na Audioriver 2 lata temu – wielka fanka Róisin Murphy. Postanowiłem jej potowarzyszyć. Koncert irlandzkiej wokalistki widziałem już 2 lata temu na Audioriver jednak wyszedłem z ogromnym niedosytem, ze względu na nagłośnienie – koncert tam był zdecydowanie za cicho nagłośniony. Obecność Róisin wzbudziła ogromne zainteresowanie – w końcu headlinerka festiwalu oraz ex-wokalistka Moloko, która wylansowała radiowe hity jak „Sing it back”. Wprawdzie utworów ze starego repertuaru nie było, ale jej solowe wydawnictwa, gdzie łączy swój włoski temperament z szeroko pojętą elektroniką dają radę – jej zespół na żywo też. Cechą charakterystyczną jej występów jest to, że co piosenkę artystka przebiera się na scenie w różne surrealistyczne kiecki i dodatki – Tomasz Jacyków pewnie się nią jara. Sala pękała w szwach.

Hercules & Love Affair

A.D. Ależ balanga! Nie wypada mi porównywać ich występu z Róisin Murphy choć to praktycznie ten sam gatunek, ponieważ Róisin grała z zespołem na żywo, podczas gdy chłopaki rozkręcali show z Abletonem. Niebywała tu zasługa frontmanów – jeden z nich swoją posturą oraz śpiewem, głosem i sposobem wypowiedzi niebywale przypominał mi Tommy’ego Wiseau z The Room 😀

Mark Ernestus N’dagga Rhythm Force

W.B. O Gang Gang Dance napisałem, że był to najważniejszy koncert, jednak z całą pewnością najlepszy występ na festiwalu należy do Senegalczyków. Mark Ernestus (1/2 Rhythm and Sound) wraz z nimi stworzył album oparty o tradycje afrykańskich rytmów i techno-dubowe brzmienie. Ale to tylko album. To co ten zespół zrobił na żywo, przeszło moje wyobrażenie. Nie chodzi nawet o to jak ta muzyka sprawdza się tanecznie i jak doskonałą odskocznią była od wszechobecnej elektroniki, ale o to, że spora część muzyki współczesnej opiera się o muzykę etniczną. Oni to udowodnili i cofnęli nas do praźródeł.

Ho99o9

W.B. Zdecydowanie najcięższy i najbardziej hardcorowy koncert tej edycji, a może i historii całego festiwalu. Ho99o9 łączyli punkowy brud i noise’ową agresję z industrialnym hip hopem i niemal rozgnietli swoim występem publiczność, która dała się ponieść w szalone pogo. Swoje też robiła godzina, bo grali o 3:30 i dzięki ich energii byliśmy bardziej pobudzeni by zostać do końca festiwalu.

A.D. 2 lata temu grali na dzikiej scenie OFF Festivalu i wówczas ich koncert był ogromną niespodzianką stając się jednym z najlepszych całej edycji. Gdy dowiedziałem się, że chłopaki przyjadą na Taurona to był to od razu mój pewny punkt w rozkładzie jazdy. Potem ogłoszono timetable i jak zobaczyłem, że grają o 3:30, to wiedziałem, że o tej porze, po tylu koncertach, będzie ciężko przetrwać pod sceną. I nie myliłem się – to był najostrzejszy koncert w historii Taurona. Jeśli się mylę to proszę dajcie znać w komentarzach, co może się równać mocy i brutalności Ho99o9, bo ja naprawdę sobie nie przypominam takiej sieki. Swoją drogą przed ich występem schowałem swoje okulary do futerału – gdy po koncercie je wyciągnąłem to okazało się, że jeden zawias mi wypadł 😉

Lucy/Michael Meyer

A.D. Także mocno pobudzeni w cudownych nastrojach bawiliśmy się dalej. W między czasie wyszło słońce i zaczęło robić się gorąco. Tych dwóch Panów jest stałymi bywalcami katowickiego festiwalu – Lucy zagrał tak jak przystało dla głowy Stroboscopic Artefacts, a Michael Meyer pozwoił sobie na bardziej wakacyjne klimaty. I tak do 8 rano. Aż żal było wracać do domu.

William Basinski & NOSPR

W.B. Symfoniczny koncert Disintegration Loops Williama Basinskiego okazał się być doskonałym wyborem na zakończenie Taurona po poprzednich dwóch nocach. Byłem bardzo ciekaw jak orkiestra poradzi sobie z brzmieniem zniszczonej taśmy i samymi dźwiękami umierającej melodii. Wykorzystali do tego taśmę aluminiową, która z każdą odgrywaną pętlą była coraz mocniej ugniatana przez muzyków. Kompozycje straciły swą duszność i klaustrofobiczność na rzecz brzmienia bardziej żywego i organicznego, przez co zgoła innego od tego co znamy z albumu. Szkoda też, że usłyszeliśmy jedynie dwie kompozycje, bo wykonanie okazało świetnym dopełnieniem albumu i poszerzeniem twórczego zamysłu Basinskiego o ludzki element.

A.D. Kiedy rozmawialiśmy z Witkiem po koncercie Basińskiego o występach, na których byliśmy to doszliśmy do wniosku, że praktycznie wszędzie gdzie się znaleźliśmy było zajebiście. To była najlepsza edycja od 2013 oraz pierwsza taka edycja, gdzie masa najbardziej oczekiwanych koncertów się nakładała na siebie – z jednej strony zmuszało to nas do sporych dylematów, a z drugiej, z tego niezdecydowania pojawiały się fajne pomysły, których byśmy nie zrealizowali, gdyby lineup był nieskomplikowany – ja np. nie odkryłbym AUX 88, czy nie dotarłbym na set DTEKKa. Warto też zauważyć, że festiwal coraz bardziej oddala się ze swoich starych kopalnianych terenów, bardziej angażując swoje siły w Międzynarodowym Centrum Kongresowym. Jestem ciekaw czy kiedyś nastąpi moment przeniesienia głównej sceny festiwalu do… Spodka! Na razie jest super, a powinno być jeszcze lepiej, bo od tego roku patronat nad festiwalem objęło miasto. Miejmy nadzieję, że za rok organizatorzy pozytywnie nas zaskoczą czymś nowym.