Jesienno zimowe propozycje

Jesienno zimowe propozycje

Jako, że nasze propozycje publikowane na facebooku spotkały się z waszym uznaniem i zadowoleniem, prezentujemy pełny ich zbiór uzupełniony o 10 nowych propozycji. Miłych zimnych i smutnych dni!

#1

Wspólny album Dj’a Krusha i Toshinori Kondo, przepełniony jest mrocznymi hip hopowymi beatami tego pierwszego i melancholijnymi partiami trąbki tego drugiego. Ciężko powiedzieć, który z nich zasłużył się w tym albumie bardziej. „Ki-Oku” to pozycja obowiązkowa dla fanów Trip-hopu i czarnych brzmień, idealna na jesienne niedzielne wieczory.

P.S ciekawe co tam u Krusha… [W.B]

 #2

100th Window to czwarta płyta Massive Attack. Zdecydowanie najbardziej ponura i najcięższa w dorobku grupy. Pełna tekstów o politycznym przekazie. Co ciekawe, pierwsza i jedyna, na której zespół nie używał sampli a sam w stu procentach tworzył dźwięki. [W.B]

 #3

Pierwszy album The Cinematic Orchestra – Motion z 1999 nie osiągnął takiej popularności co kolejne głośne wydawnictwa zespołu ”Every Day” oraz ”Ma Fleur”, ale zawiera coś czego te dwie płyty nie posiadają- jest przede wszystkim pozbawionym patosu i przejmujących melodii longplay’em, który brzmieniowo może bardziej przypominać dokonania Amona Tobina, Dj’a Kusha w owym czasie, niż najpopularniejsze utwory zespołu, będące częściej kojarzone z soundtrackiem do melodramatów, niż wieczornych wojażów po mieście. [A.D]

#4

”Third” – Trzeci i jak na razie ostatni album Portishead, to najbardziej zróżnicowane i nieprzewidywalne dzieło zespołu. Progresywne względem dwóch poprzednich. Album Nacechowany nostalgicznym klimatem, wypełniony typowymi dla grupy tekstami o miłości czy samotności sprawił, że zespół powrócił w wielkim stylu po 10 latach. [W.B]

#5

Tym razem coś mniej związanego z jazzem, niż poprzednie propozycje. ”Ladies and Gentlemen We Are Floating in Space grupy Spiritualized”, to jeden z najbardziej wyjątkowych i zarazem najdziwniejszych albumów lat 90., ponieważ bardzo kontrastowe space rockowe melodie uderzają tak w psychikę słuchacza, że nawet po jakimś czasie jej niesłuchania ciężko jest zapomnieć pewnych sekwencji. Co ciekawe prestiżowy magazyn muzyczny NME w zestawieniu najlepszych albumów roku 1997 nie umieścił legendarnego ”OK Computer” od Radiohead na 1. miejscu(wówczas w każdym zestawieniu wygrywał), ale właśnie ten niezwykły album Spiritualized! [A.D]

#6

Longplay grupy Yo La Tengo – Paintful, wydaje się być kulminacją tego co najlepsze na przełomie lat 80. i 90. w muzyce alternatywnej- znajdziemy tu charakterystyczne cechy dla takich grup jak My Bloody Valentine, The Jesus and Mary Chain czy Sonic Youth, więc nic dziwnego, że krążek ten wpisał się w kanon gatunku i brzmień definiujące lata 90. [A.D]

#7

Minął rok od wydania ostatniego albumu Heckera jakim był „Virgins”. Płyta lekko klaustrofobiczna, naznaczona mnóstwem pianistycznych akordów, stała się kolejną genialną pozycją w dyskografii artysty. Tak brzmi soundtrack na dzień końca świata.
Przypominamy także naszą recenzję albumu [W.B]

#8

Tego Pana raczej nie trzeba przedstawiać! Apparat na długo przed tryumfami Moderata nagrał kilka albumów, w tym rewelacyjne ”Duplex”(gdy go słucham nie mogę uwierzyć, że tak nowatorski album powstał aż 11 lat temu!!) oraz ”Walls”, gdzie Sascha Ring poza produkcją muzyki, zaczął śpiewać. Również z tego albumu pochodzi jego najpopularniejszy kawałek- You Don’t Know Me, choć pozostałe takie jak Birds, Arcadia czy Over and Over również pobudzają wyobraźnię. Twórczość Apparata- idealny soundtrack na jesienne i zimowe dni! [A.D]

#9

Na przełomie lat 80/90 w USA rozwiązał się worek z alternatywnymi, post-hardcorowymi kapelami, które mimo tego, że nigdy nie osiągnęły komercyjnego sukcesu wobec powszechnie panującego hajpu na zespoły, których nazw nawet nie trzeba wymieniać, to zainspirowały tysiące młodych ludzi do tworzenia własnej muzyki. Abstrahując od grup, które zostały docenione na szeroką skalę długo po rozpadzie jak np. Fugazi czy Slint, na koszmarnie deszczowe dni wypada mi polecić jeden z moich ulubionych, i w mojej opinii zaliczającym się do najciekawszych, najlepiej brzmiących i zupełnie nienudzących się krążków. Pamiętacie może moment, kiedy słuchaliście PO RAZ PIERWSZY swojego ulubionego albumu? Czy podczas jego słuchania wybiegaliście wyobrażeniem w to co może dziać się w utworze za chwile i rzeczywiście kolejne dźwięki brzmiały tak jak sobie tego zażyczyliście? Słuchając Unwound – New Plastic Ideas można odnieść bardzo podobne wrażenie. Dla mnie to absolutna definicja amerykańskiej muzyki rockowej nieskażonej żadną ściemą i gównem. Pozycja obowiązkowa! [A.D]

#10

Inaczej być nie mogło, pełny numer 10 otrzymuje legendarny album Shadowa. Trudno w całości ogarnąć ile ”Endtroducing” wniosło do muzyki, w ogóle. Przeszło godzinna podróż po hip hopie, funku, ambiencie, breakach, soulu, jazzie, sformułowała nazwę gatunku jakim jest trip-hop. Pełna romantyzmu i nostalgii, ucieleśnienie tego czym były lata 90-te. Josh udoskonalił tu metodę samplingu do takiej perfekcji, że jego wpływ na muzykę poprzez ten album będzie zawsze widoczny. Co ciekawe płyta wpisana zostało do księgi rekordów Guinnessa, jako pierwsza, która została stworzona w 100% z sampli. Niestety, im późniejsze albumy Shadow wydawał, tym stawały się gorsze a Endtroducing żyje teraz własnym życiem… [W.B]

#11

Myślę, że to jest najbardziej jesienna propozycja ze wszystkich tu wymienianych. Rok temu na OFF Festivalu w Katowiach, miałem niebywałe szczęście, że wybrałem się pod namiot Sceny Eksperymentalnej, gdzie grała niemiecka kapela Bohren & Der Club Of Gore, której geneza przedstawia się bardzo ekscentrycznie. Grupa muzyków metalowych postanowiła, grać najdelikatniejszą odmianę metalu, a precyzyjniej ujmując „chciała by słuchacze podczas słuchania ich muzyki czuli się jak w grobie”. Efekt tego eksperymentu jest niebywały! Jak w jednym słowie mogę określić album Sunset Mission? Arcydzieło! [A.D]

#12

Pete Rock to wszechstronny i uznany dj, raper a przede wszystkim genialny producent. Jego początki nie były łatwe, dopiero po wydaniu wraz z CL Smooth oszałamiającego albumu „Mecca And The Soul Brother” zainteresowali się nim ważni raperzy i większe wytwórnie. Na swoich płytach gościł takie ważne postacie jak Mose Def, Raekwon, Method Man, a on sam brał udział w produkcji choćby tak gigantycznego albumu jak MBDTF Kanyego Westa. My w szczególności polecamy ”The Surviving Elements”. Jeśli w słoneczny poranek popijacie kawę i palicie papierosa, albo idziecie ulicą do pracy i chcecie się odstresować – Ten album jest dla was! [W.B]

#13

Mówiąc Slowdive pomyślicie pewnie: Souvlaki, Shoegaze, romantyczne teksty, smutne piosenki. Tego na Pygmalion absolutnie nie znajdziecie. Trzeci i ostatni album zespołu jest pełny minimalistycznych, niepokojących dźwięków i zapętlonych fraz wokalnych wywołujących ciarki na plecach. Jest to zdecydowanie najbardziej nietypowe i nieprzeniknione dzieło Slowdive, mimo iż gitarowej ściany dźwięku nie znajdziecie tu wcale. Co ciekawe, to zaraz po wydaniu Pygmalion, zespół zawiesił działalność a jego członkowie porzucili shoegaze i sławę aby tworzyć country. [W.B]

#14

Co tu dużo mówić- legendarny, tajemniczy i wyjątkowy szkocki(nie kanadyjski!) duet! Niezawodni na każdą porę roku- Boards of Canada! Rekomendujemy słuchać na świeżym powietrzu lub przed spaniem [A.D]

#15

Adventures In The Foam – Bo tak brzmi pierwszy album Amona Tobina, nagrany jeszcze pod pseudonimem Cujo. Rewelacyjny debiut, oscylujący pomiędzy trip-hopem a jazz breakowymi drum and base’ami. Już na nim Amon objawił swój talent, a przede wszystkim wyobraźnię do cięcia i wklejania sampli, który potem doprowadził do perfekcji na legendarnym już Bricolage, a następnie w drodze ewolucji zrodził kultowe Supermodified czy Foley Room. Patrząc wstecz z dzisiejszej perspektywy i cofając się do roku 96, oszałamia droga, którą przeszedł by wydać tak wizjonerskie dzieło jak ISAM z roku 2011. [W.B]

#16

W filmie „Będzie głośno” The Edge z U2 powiedział, że w latach ’80, gdy znalazło się coś muzycznie wartościowego w TV, a szczególnie w cukierkowym programie Top of the Pops to miało się szczęście- zasada ta obowiązuje praktycznie do dzisiaj, ponieważ stacji w masowych mediach, które nadają wyjątkowe dobre rzeczy jest jak na lekarstwo, jednak (na szczęście!) kiedyś mi się poszczęściło- moja pierwsza reakcja mogła przypominać te które prezentuje się w ostatnio popularnych parodiach z pierwszym odsłuchem Death Grips- absolutny szok i euforia! 3 lata temu, kiedy to w godzinach popołudniowych zbierałem się do wyjścia z domu, z przed pokoju usłyszałem pierwsze dźwięki kawałka Purr, granego w TVP1 przez pewien polski post-rocky zespół Tides from Nebula, który pochodził z ich debiutanckiej płyty „Aura” wydanej w 2009- kilka lat po jej odsłuchu nie mam nadal wątpliwości, że to jak na razie najlepszy polski album XXI wieku! [A.D]

#17

Nastają coraz zimniejsze i krótsze dni. Niecałe dwa tygodnie temu jedna z czołowych artystek oficyny Kranky, Liz Harris znana ze swego projektu Grouper gościła na krakowskim Unsoundzie, a niedawno wydała nową płytę Ruins, która została bardzo dobrze przyjęta przez krytyków. Jednak najpiękniejszym, najmroczniejszym i najbardziej wciągającym jej wydawnictwem jest dwupłytowe A|A z 2011- kto posłucha ten nigdy nie zapomni tej wędrówki. [A.D]

#18

Jedziecie rano do pracy i do pobudki kawa nie wystarcza? O albumie Jona Hopkinsa nie musimy się rozpisywać, zdecydowana większość wie o co chodzi. Osobiście słucham go jakieś półtora roku i za każdym razem towarzyszą mi podobne odczucia jak te za pierwszym razem. Niesamowite jest to, że niezależenie od tego na jakich słuchawkach „Immunity” będzie odtwarzane, zawsze powali swoją wyrazistością dźwięków. Jon Hopkins to zdecydowanie producencki geniusz! [W.B]

#19

The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble to zespół wpisujący się idealnie w ciemne, zamglone i ponure dni. Ich depresyjne klimaty przywołują na myśl dokonania Portishead, aczkolwiek TKDE idą jeszcze dalej i głębiej. Szorstkie, elektroniczne bity z jazzową estetyką, pourywane dźwięki trąbek, melancholijny kobiecy głos i fascynacja do filmów gatunku Giallo. To właśnie charakteryzuje Holenderską grupę, która obok BOHREN & DER CLUB OF GORE jest najważniejsza dla gatunków dark jazz, doom jazz. Jednak w odróżnieniu od tej drugiej grupy, Kilimanjaro zachowuje bardziej melodyjne i przyswajalne brzmienie kompozycji. Osobiście mogę wymienić może z 5 utworów, które nazwałbym „najlepszymi jakie w życiu słyszałem” Utwór Lobby, w wersji live jest właśnie jednym z nich. [W.B]

#20

No coż, tego człowieka nie mogło tu zabraknąć. Pierwsza płyta Buriala z 2006 to domowe wariacje na tematy około dubstepowe i 2stepowe, z wyraźnym naciskiem na to pierwsze. Wspaniały debiut, od którego wszystko się zaczęło, a który nie blaknie przy takich produkcjach jak Rival Dealer. Stukanie młoteczków i bass ukryty gdzieś głęboko. Nie bez powodu wytwórnia Hyperdub zainteresowała się Williamem. [W.B]

#21

Solowa płyta Thoma Yorka z 2008 roku to wyprawa w elektronikę w pełnym tego słowa znaczeniu. Z resztą, lider Radiohead znany jest z folgowania z elektronicznymi brzmieniami. Thom korzysta z bardzo oszczędnych i minimalistycnych bitów, których odniesień możemy szukać na ”Amnesiac” czy nawet ”Hail To The Thief”. „The Eraser” to opowieść o samotności, odrzuceniu i zagubieniu. No, czyli głównie o tym co w Radiohead wszyscy kochamy, różnica jest taka, iż czuć w tym albumie uzewnętrznienie artystyczne w maksymalnej postaci. Prawdopodobnie najbardziej osobisty materiał Yorka, nawet po dziś dzień. [W.B]

#22

Ciężko powiedzieć czy to „Surrender” czy poprzedzający je „Dig Your Own Hole” jest albumem bardziej mrocznym, niepokojącym i nadającym się na zimowo jesienny okres. Aczkolwiek, widząc Surrender w zestawieuniu płyt, które trzeba posłuchać po narkotykach, nie miałem złudzeń co do wyboru. Inne zestawienie traktuje Surrender jako najlepszy album roku 1999. Poza tym, jednogłośnie każdy to przyzna: to największe dzieło Chemicznych braci, najbardziej różnorodne i hipnotyzujące. Spójrzcie tylko na utwór „Out Of Control”, gdzie na wokalu pojawia się sam Bernard Sumner(Joy Divison, New Order), czy słyszeliście kiedyś piękniejszą techno piosenkę? [W.B]

#23

Wyobraźcie sobie: Jest zimny sobotni wieczór, coś koło 23:00. Jesteście totalnie zmęczeni, bo poprzedniej nocy mocno balowaliście, więc fajnie byłoby oglądnąć sobie jakiś film. A niech będzie coś z Lyncha skoro Twin Peaks wraca. Wtem wpadacie na pomysł żeby kupić sobie coś do przegryzania, jakieś chipsy, czy popcorn. Spoglądacie za okno – kurde, 5 stopni… Ale chęć zjedzenia przy filmie wygrywa i wychodzicie. Będziecie szli przez ciemne, ponure, wymarłe osiedle do najbliższego marketu. Jesteście na klatce schodowej i zadajecie sobie pytanie: Co sobie włączyć, żeby leciało, było dobre, oddawało atmosferę i było na tyle długie żeby nie trzeba było wyciągać ipoda na mrozie i przełączać? Ghettoville. [W.B]

#24

Zostając w klimatach osiedlowych. Pewnego razu RZA(Wu-Tang), Prince Paul(De La Soul), Frukwan(Stetsasonic) i Too Poetic(Brothers Grym) połączyli swoje pierścienie mocy i stworzyli najbardziej okrutny, niegodziwy, brutalny album hip-hopowy jaki widział świat. Na specjalne potrzeby nadano ich stylowi nazwę horrorcore, a chłopaki powymyślali sobie nowe pseudonimy. M.in. RZA nazwał się Rzarector a Too Poetic – Reaper. Co jest fenomenem „6 Feet Deep”, to to, że słuchanie tekstów o sadyzmie, gwałtach i morderstwach jest tu tak zajebiste, że chce się tego słuchać codziennie. [W.B]

#25

Była mowa o Kilimanjaro, to teraz czas na ich równie wybitne alter ego. Zapomnijcie o kompozycjach, Mount Fuji Doom Jazz Corporation(Skąd oni biorą te nazwy?!) to odjazd w stronę drone’owych eksperymentów i brzmień czystej improwizacji. „Succubus” jest bardzo ciężkim i przytłaczającym wydawnictwem, momentami uwodzi swoją seksualnością, a momentami smuci dźwiękami trąbki. Do spania zaś polecam „Roadburn”, zapis ich występu(każdy ich album jest zapisem wyczynów na żywo) właśnie na festiwalu Roadburn. Bardzo często pomaga mi usnąć gdy jest to trudne. [W.B]

#26

Zapewne większość ludzi mająca styczność z The Field’em i rozpoczynająca ją od „From Here We Go Sublime”, zadawała sobie pytanie: Czy w kwestii samplowania ćwierć sekundowych momentów, można coś zrobić jeszcze bardziej perfekcyjnie? Sam sobie takie zadawałem przy słuchaniu „Looping State Of Mind”, które było lekkim odrzutem ze wspomnianego wcześniej dzieła. A tu pojawia się szorstkie, bardzo zimne, przestrzenne brzmienie, które już samo w sobie rzuca nowe światło na całą sytuację. W skrócie powiem tylko:

Yes. Yes… [W.B]

#27

Madlib znany jest z robienia kooperacji z różnymi raperami i osobowościami. Tym razem zrobił taką kooperację z samym sobą… Quasimoto to najbardziej intrygujący i pokręcony wymysł Kalifornijskiego producenta. Żółty pseudo niedźwiedź, lubujący się w grzybkach, marihuanie i seksie, na „The Unseen” swoim wysokim głosem rapuje, a raczej melorecytuje pod typowo Madlibowskie podkłady. Oczywiście ci dwaj dżentelmenowie to jedna osoba, co Madlibowi udało się skutecznie zamaskować na płycie. Bardzo domowy klimat pomoże jakoś przeleżeć te zimne dni. [W.B]

#28

Dzikość, post-punk, chęć wykrzyczenia smutku, coldwave, przefiltrowany wokal, cięte, szybkie uderzenia. Tak można opisać to co robi Louise Vasquez. Inspiracji jest wiele, od Joy Divisin, The Cure, do sceny Shoegazowej i elektronicznej. Bardzo niepokojące, a jednocześnie melodyjne i zapadające w ucho kompozycje sprawią, że przejście przez ulicę w środku nocy stanie się dużym psychicznym wyzwaniem, a uczucie niepokoju i adrenalina od razu się u was włączy. [W.B]

#29

Kevin Martin(The Bug, ICE, GOD, Techno Animal) to producent bardzo zapracowany. Jego projekt King Midas Sound jest dwuwymiarowy. Pierwszy, to ten na albumie „Waiting For You”, dość typowy trip-hop o intymnym klimacie, ciężkich przytłoczonych uderzeniach i przyjemnych sub-bassach. Drugi, to ten na żywo. I tu jest o wiele więcej do powiedzenia. Zniszczenie, chaos, My Bloody Valentine, gitary, dub, a w tym wszystkim nie tracą tego co uzyskali na albumie. Image oraz wkład osobowości w zespół jest niesamowity. Dres kręcący przy pokrętłach, czarny dostojny poeta, który jak nie śpiewa to robi przepiękną robotę na gitarze. I laseczka, która wygina się na wszystkie strony, a w momencie największej rozwałki śpiewa, jakby ze snu, o zatraceniu się w cieniu. Ci co byli na Unsoundzie 2013 wiedzą, że tak głośno w Hotelu Forum nie zagrał nikt nigdy. A ci co nie byli, to cóż… Nie wiem czy by to przetrwali. [W.B]

#30

I to chyba największy klasyk, z prezentowanych tutaj. Mistrz, wirtuoz, artysta i prawdopodobnie najwybitniejszy muzyk jaki kiedykolwiek istniał. „Ascenseur Pour L’echafaud” to oczywiście soundtrack do czarno białego filmu „Windą na Szafot” z roku 1958. Dlaczego tak stary i klasyczny materiał kończy nasze zestawienie? Bo nie ma nic bardziej przejmującego i melancholijnego, obnażającego szarość życia, niż ta smutna dogorywająca trąbka… Dobrze że jest coś takiego jak jazz. [W.B]