The best of 2014

The best of 2014

Dzień dobry!

Nadszedł czas podsumowań!

Z tej okazji postanowiliśmy stworzyć naszą top listę roku 2014, gdyż bardzo lubimy tą formę prezentowania najciekawszych, naszym zdaniem, wydawnictw muzycznych. Tworzenie takich specjalnych podsumowujących list przebojów to nie lada wyzwanie, bo często przesłuchiwaliśmy po kilka razy te same płyty by postarać się lepiej je ogarnąć- oczywiście to nie polega na tym, że zmuszamy się do słuchania czegoś, co ma wysoką ocenę na Pitchforku, bo większość z pozycji, które znajdziecie poniżej to tak naprawdę wypadkowa naszych ulubionych(czasem zupełnie nieznanych) rzeczy z ostatnich 12 miesięcy. Mamy świadomość, że wiele popularnych światowych portali muzycznych opublikowało już swoje listy, gdzie mogą znajdywać się podobne albumy, co u nas. Być może to znaczy, że te albumy są rzeczywiście tak dobre? Miłej lektury!

Adam „Attaché” Dąbrowski i Witek Bartula

Ogromne podziękowania dla Joanny Matuszewskiej- bez twojej pomocy to podsumowanie oraz pozostałe teksty powstałe w 2014 nie byłyby tak atrakcyjne!

 

2014

 

24

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

#24 Grouper – Ruins

Ruins nie jest tak bardzo ambientowym dziełem jak choćby A I A. Tutaj Ellizabeth Harris ogranicza się do pianina, z wyjątkiem ostatniego kawałka, który raczej był bonusem do całego albumu, choćby dlatego, że powstał 10 lat temu.

To zdecydowanie propozycja na złą aurę, więc jeśli nie lubisz „smutów” – nie polecam.

[A.D.]

 

20

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

#23 Jon Hopkins – Asleep Versions EP

Co tu dużo mówić – szkoda, że to tylko epka, bo Asleep Versions jest świetnym dodatkiem do arcydzieła Immunity, które idealnie sprawdza się jako dobranocka!

[A.D.]

 

22

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

#22 GusGus – Mexico

Aby przekonać się o tym, że zespół cieszy się w Polsce sporym uznaniem, wystarczy spojrzeć na ich ostatnią trasę koncertową, podczas której zagrali u nas aż 5 koncertów, oraz doliczyć do tego częste wizyty za konsoletą w polskich klubach jednego z filarów zespołu – Presidenta Bongo. Myślę, że (jak zresztą może wynikać z nazwy albumu) Mexico to najcieplejszy album w dorobku Islandczyków i zapewne zagości na wielu sylwestrowych imprezach, gdyż jest to dosyć uniwersalny i przystępny album dla niewtajemniczonych słuchaczy. Swoją drogą kawałek Crossfade wydaje się być najszybciej wpadającą w ucho piosenką roku.

[A.D.]

Recenzja

 

23

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

#21 Beck – Morningh Phace

Beck powrócił po kilku latach ciszy i tym razem postanowił wydać (nie po raz pierwszy) coś zupełnie innego od poprzedniego wydawnictwa. Ta propozycja szczególnie spodoba się fanom jego albumu Sea Change z 2002, który naprzemiennie jest uznawany za najlepszy i najgorszy album w całej jego dyskografii. Tak czy inaczej, Beck wrócił do spokojnego, quasi-countrowego klimatu i, koniec końców, trzeba przyznać, że Morning Phace brzmieniowo Ameryki nie odkrywa, ale kompozycje wpadają w ucho, chce się do tego wracać, toteż całość prezentuje się naprawdę przystępnie.

[A.D.]

 

21

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

#20 White Suns – Totem

Najcięższy, najmroczniejszy i najgłośniejszy album na naszej liście. Chłopaki z Nowego Jorku są mistrzami ciężkich gitarowych eksperymentów i nawet pomimo bardzo nieprzystępnego klimatu, Totem wydaje się być fascynującą przygodą. Pozycja tylko dla ludzi o mocnych nerwach… i uszach! 😉

[A.D.]

 

andystott

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

#19 Andy Stott – Faith in Strangers

Andy Stott to jeden z tych producentów, którzy bardziej eksperymentują z formą, a większą wartość kładą na brzmienie niż samą kompozycję. Jego poprzednie Luxury Problems to muliste odgłosy z imprezy sąsiada 3 piętra niżej. Faith In Strangers w wielu momentach przenosi nas wyobraźnią do pokoju artysty, aby następnie wprowadzić w ogromną przestrzeń, zupełnie gdzieś indziej. Na poprzednich wydawnictwach używał wokali jednorazowo, po prostu je wplatając, natomiast na najnowszym krążku skomponował już całe piosenki. Ciężko powiedzieć czy to krok naprzód, jednak na pewno Faith In Strangers nie jest uwstecznieniem, a bardziej krokiem w bok. Ma cudowne momenty (szkoda, że tylko momenty), a utwór tytułowy jest moją piosenką roku.

[W.B.]

 

A3W_H1-4_ol

17

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

#17(ex aequo) Boris – Noise oraz Alcest – Shelter

Dwa zespoły grające coś z pogranicza dream popu i post-metalu, nagrywają dwa bliźniaczo do siebie podobne albumy z tą różnicą, że Japończycy z Boris (fakt, nazwa może sugerować, iż pochodzą z jakiejś byłej republiki radzieckiej) na Noise prezentują dość ciężkie brzmienie, choć nie jest ono tak surowe jak może sugerować tytuł. Próżno tu szukać tak surowych kompozycji jak np. u nieco wcześniej wspomnianych White Suns. Zdecydowana większość utworów jest utrzymana w piosenkowym klimacie, a utwór Taiyo No Baka może służyć za przykład dalekowschodnich inspiracji klasyką shoegazingu. Z kolei Shelter wydaje się być najbardziej radiową propozycją na naszej liście – na pewno przypadnie do gustu fanom M83 (zresztą, to również francuski projekt), gdyż jest przestrzenna, romantyczna i ma dość lekki, jak na gatunek, klimat. Gdyby Coldplay, brzmiał tak jak Alcest na Shelter, ktoś poważny mógłby jeszcze zechcieć ich posłuchać.

[A.D.]

 

12

12.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

#15(ex aequo) A Sunny Day in Glasgow – Sea When Absent oraz The War on Drugs – Lost in the Dream

Spośród wszystkich dream popowych albumów, które pojawiły się w tym roku, „Sean When Absent” A Sunny Day In Glasgow jest na pewno najlepszą propozycją. Na drugim krążku zespołu z Filadelfii, mamy do czynienia z zatrzęsieniem dźwięków. Naprawdę bardzo dużo się tu dzieje. Już pierwsze dwa utwory pokazują jak bardzo rozbudowane są kompozycje i jak melodie prześcigają się nawzajem, prawie jak w kolorowym świecie Teletubisiów po zażyciu LSD. Brzmieniowo album jest bardzo podobny do zeszłorocznej płyty My Bloody Valentine.

[W.B]

Z kolei Lost in the Dream to jeden z tych najbardziej docenianych albumów roku, który jest propozycją godną polecenia dla miłośników choćby takich zespołów jak Deerhunter. Cały album utrzymany jest w wycieczkowej konwencji i właśnie dlatego, podobnie zresztą jak z Sunny Day In Glasgow, bardzo żałuję, że nie miałem okazji przesłuchać go w okolicach lata, bo idealnie komponowałby się z ciepłą, słoneczną scenerią i być może wyciągnąłbym z niego coś więcej. Wystarczy przesłuchać takich utworów jak Under the Pressure czy Disappering, aby nasz umysł od razu przeniósł się na amerykańskie drogi z pięknym widokiem na zachód słońca.

[A.D.]

 

15

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

#14 Freddie Gibbs & Madlib – Piñata

Najlepszy oldschoolowy, gangsterski album, jaki się w tym roku ukazał, a może nawet i w ostatnich latach. Myślę, że poprzez Pinate Gibbs mógłby uczyć Wu Tang jak na nowo rapować, a Madlib nauczyłby RZA’e jak robić bity. Dobrze, że powstają takie albumy, które pokazują czym jest old school i jak kiedyś robiło się hip-hop. Dobrze, że powstają takie kooperacje, gdzie dwóch różnych ludzi spotyka się na jednej płaszczyźnie, by robić to, do czego zostali powołani. Tym dwóm wychodzi to tak dobrze, że zaproszeni goście stali się zupełnie zbędni i drugoplanowi. Oczywiście, Danny Brown jest tu w świetnej formie i bardzo wesolutko wspomaga Freddiego, ale nic by się jednak nie stało, gdyby to Gibbs przejął jego zwrotkę.

[W.B.]

Recenzja

 

16

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

#13 Shabazz Palaces – Lese Majesty

Od wydania albumu i mojej recenzji minęło 6 miesięcy. Dziś bardziej go doceniam, głównie ze względu na tą cudowną płynność i hipnotyczność. Mało jest hip-hopowych albumów tego typu, a Shabazzi pokazali, że interesuje ich cięższa forma przekazu, jak i flow. Posłuchajcie Forerunner Foray – jest tam przejście od 1:58 do 2:10, w którym Ishmael wbija na nowo – skala przekazu i przytłoczenie, jakie wywołuje u słuchacza to czysta sztuka! Jeden z najlepszych muzycznych momentów tego roku i choćby dla niego samego warto sięgnąć po Lese Majestry. A takich jest znacznie więcej.

[W.B.]

Recenzja

 

14

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

#12 Actress – Ghettoville

Muzyczne poszukiwania Actressa zapędziły go w bardzo dziwne (naprawdę dziwne!) odmęty brzmienia muzyki elektronicznej. Ghettoville jest spójne, momentami trochę przydługawe, ale to absolutnie nie jest minusem, bo zawsze można sobie dawkować. W swoim brzmieniu jest tak niezwykle osobliwy, a jednocześnie zachowujący jakieś kompozycyjne reguły, że chwilami wchodzi jedną nogą w rejony tajemnej przyszłości muzyki. Można się zastanawiać czy tytuły coś znaczą, czy poprzez utwór „Time” Actress chce nam coś powiedzieć? Nie – jest on z grupy tych ludzi, którzy oddają się dźwiękowi, samemu i jedynemu. Nie chce przekazywać prawd o życiu, tylko o muzyce – o jej pięknie i możliwościach, a utwór Gaze jest tegorocznym miazgunem w kategorii „czego posłuchać idąc na imprezę”

[W.B.]

 

11

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

#11 Kairon; IRSE! – Ujubasajuba

„Gnom wypija gumisiowy sok – będzie jazda!”

Kiedyś pisałem, że to co skandynawskie (nie ważne czy to muzyka, film albo książka) zawsze przychodzi niespodziewanie i musi wywołać spore poruszenie – nie inaczej było z zupełnie nieznanym fińskim zespołem Kairon; IRSE! Ujubasajuba rzutem na taśmę trafiła na naszą listę. Ok, możecie być zaskoczeni, dlaczego taka rzecz, z tak ekscentryczną okładką może znajdować się na dość wysokim miejscu na naszej liście? Wraz z pierwszym odsłuchem, Finowie ujmują nas za serca – ma się poczucie, że uczestniczymy w jakiejś niezwykłej podróży, którą będzie się chciało jak najczęściej powtarzać, bo brzmienie tych gitar potrafi już od pierwszego numeru wprawić w euforię, by wraz z kolejnymi Tzar Morei(!!!) oraz Amsterdam, już zupełnie odpłynąć w otchłani. Idealna propozycja na zimę! Wydaje mi się, że z tak mocnym wejściem Kairon; IRSE!, możemy się ich spodziewać na OFF Festival 2015.

[A.D.]

 

10

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

#10 The Bug – Angels & Devils

The Bug na swoim facebookowym profilu napisał: „Moje występy są GŁOŚNE. Jeśli się tego boicie, weźcie zatyczki do uszu. Jeśli preferujecie bezpieczeństwo, znajdźcie innych djów, ale jeśli wolicie chaos, szaleństwo i rozradowanie, przyjdźcie i zatraćcie się w moich dźwiękach.” Nie sposób znaleźć lepszego określenia na temat jego występów. To, co ten facet robi na żywo jest nieprawdopodobne, przenosi nas na jakiś wyższy nieznany poziom melanżu. Niektórzy porównują jego występy do Swans, co jest o tyle prawidłowe, że wszyscy wprowadzają nas w ten sam niezrozumiały i potężny stan czy raczej trans. Serdecznie polecam poczytanie jego facebookowych wpisów; w mistrzowski sposób opisuje kulisy występów, soundchecków i niedołężność organizatorów koncertów. Gdybym nie czytał wywiadów z nim, pewnie uznałbym go za wiecznie zjaranego, podstarzałego dresika, ale po jego wypowiedziach odnośnie muzyki i dźwięku, szanuję go niesamowicie. Angels & Devils jest na pewno bardziej słuchalny i mniej imprezowy od London zoo i to na plus. Oczywiście znajdziemy tu chamskie i buńczuczne bangiery, ale o tym, że potrafi takowe robić, przekonywać nie musi. W kwestii brzmienia wszystko jest tu sterylnie czyste i czytelne, aż chce się więcej.

[W.B.]

 

9

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

#9 FKA twigs – LP1

O Tahlii Debett Barnett napisano już setki tekstów (także tych w kontekście jej związku z Robertem Pattisonem), a jej LP1 pojawia się praktycznie w każdym zestawieniu podsumowującym rok 2014 – i wcale się temu nie dziwię. Mam wrażenie, że jej fenomen jest w głównej mierze zasługą tego, że album wyszedł w idealnym czasie, a mianowicie w dobie Internetu, w momencie gdy ludzie spragnieni są jakiegoś niebanalnego, nowatorskiego podejścia do oklepanej muzyki, w tym przypadku r’n’b. LP1 zachwyca i wciąga pod praktycznie każdym względem – wokalnym, instrumentalnym, artystycznym itd. Nie przypominam sobie albumu r’n’b tak pełnego elektroniki i zawierającego tyle bassu, rozlewającego się niczym smoła, wraz z pięknym, zmysłowym wokalem.

Tak nawiasem mówiąc, niedawno zastanawiałem się dlaczego coraz częściej na festiwalach słynących przede wszystkim z promocji artystów związanych stricte ze sceną elektroniczną, zaprasza się wokalistki i projekty r’n’b, które nijak pasują do mroczniejszych, industrialnych projektów. Myślę, że wobec tak sporego kunsztu LP1, które bez precedensu zaowocowało w wielki komercyjny sukces, FKA twigs będzie najbardziej rozchwytywanym projektem przez organizatorów popularnych festiwali muzycznych w 2015.

Komuś się to podoba czy nie, to właśnie FKA twigs jest największym odkryciem roku 2014 i najgłośniejszym debiutem ostatnich lat!

[A.D.]

 

8

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

#8 Run the Jewels – RTJ 2

Zastanawiający jest dla mnie odbiór zagranicznego hip-hopu w Polsce. Naprawdę nie jest źle, bo znajdzie się masa ogarniętych ludzi, którzy potrafią docenić niżej i wyżej wymienione rap albumy. Ale oto dwaj bardzo utalentowani mistrzowie undergroundu, będący dobrymi ziomkami, skrzykują się, by nagrać album nazwany w wolnym tłumaczeniu „uruchom klejnoty”. Wychodzą im przy tym takie bangiery, na tak wysokim poziomie, że nie wstyd się przy nich bawić wraz z gimbusiarską elitą trapowych klubów. W tym kontekście trudno o lepszy przykład, że muzyka łączy ludzi. Niestety, ten kozacki album nie odbija się echem, a nawet gimby go nie znajo. W tym roku RTJ powrócili w jeszcze lepszej formie, z jeszcze lepszymi bangierami, z jeszcze większą mocą. El-P jest tu technicznie najlepszy w całej swojej karierze, pozorny spokój i perfekcjonizm z jakim wchodzi w bity – ACHH. Killer Mike, który zawsze szedł bardziej w polityczny rap, tutaj z emocjami i wrodzoną chęcią przekazu dopełnia te agresywniejsze momenty. No i co? Ja znam może 3-4 osoby, które przesłuchały ten album, może dwie wychwalają go tak jak na to zasługuje. Smutne, bo nie docenianie ich zawstydza nasze społeczeństwo #obudźsiepolsko

[W.B.]

 

6.

6

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

#6(ex aequo) Clark – Clark oraz Ben Frost – Aurora

Te dwa albumy znalazły się na tym samym miejscu, nie tylko dlatego, że obydwa zostały świetnie i starannie dopracowane, ale głownie przez to, że słuchając ich obu ma się wrażenie, że ich treści się uzupełniają – u Clarka historia dzieje się na ziemi, u Bena w kosmosie. Rosną lasy, płoną lasy, a niedługo potem ludzkość wybiera się na kolonizację kosmosu. Clark w swoim albumie stworzył portret przyrody, który wydaje się być przeniesionym na muzykę opisem samej Krystyny Czubówny, podczas gdy Ben Frost w Aurorze przedstawia coś, co mogłoby się równie dobrze nadawać jako soundtrack do filmu Interstellar.

[A.D.]

Recenzja(Clark)

Wywiad(Clark)

 

3

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

#5 Mac DeMarco – Salad Days

Rok 2014 zapamiętam w głównej mierze przez pryzmat albumu Maca! Niewątpliwie największą zaletą Salad Days jest sama PROSTOTA i bardzo wysoka słuchalność tego albumu! Ilekroć się go słucha, zawsze pojawia się na twarzy uśmiech – bardzo wakacyjna i sympatyczna rzecz. Choć sam album jak i piosenki są dosyć krótkie, tak całość jest na tyle dynamiczna, że uwaga słuchacza od początku do końca pozostaje na wysokim poziomie.

[A.D.]

 

5

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

#4 clipping. – CLPPNG

Niektórzy zarzucają im odejście od typowych noisów na rzecz prostszych form, a w paru utworach nawet zahaczanie o typowo komercyjne brzmienie. W przypadku ich zamiłowania do eksperymentowania z formą, nie można uniknąć porównań do Shabazz Palaces czy Death Grips. W odróżnieniu od tych pierwszych, Clipping idą dalej, ostrzej, ciężej, a ponadto pozostają wierni rapowi i poruszają się głównie w jego obrębie. Uświadommy sobie, że to w dalszym ciągu hip-hop, w dalszym ciągu rap. Ponadto, eksperymentalny hip-hopowy album zachowuje jego duszę, ustawia ją w centralnym miejscu, a następnie eksploruje jej nowe możliwości. Wszystko to udało im się, jednocześnie zachowując bardzo dużą przystępność, co jest jak dla mnie ogromnym osiągnięciem oraz pójściem w chyba najlepszy z możliwych kierunków. Siła przekazu i flow Diggsa jest tak mocna i przekonująca, że nawet nie rozumiejąc niektórych zwrotek i kombinacji slangiem, czuję co chce mi przekazać. Posłuchajcie takich utwrów jak „Taking Off”, „Dream”, zamknijcie oczy i powiedzcie co widzicie. Szkoda, że to właśnie takie grupy jak Clipping nie są promowane, bo to właśnie dzięki nim hip-hop się rozwija.

[W.B.]

Recenzja

Wywiad

 

4

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

#3 Aphex Twin – Syro

Wielu ludzi będzie wspominało rok 2014 z szałem na wieść o powrocie ulubieńca, Pana Ryśka! I rzeczywiście, powrót był tak spektakularny jak rok wcześniej Boards of Canada – w międzyczasie dorosło kolejne pokolenie słuchaczy.

Płyta oczywiście nie równa się geniuszowi klasyka Selected Ambient Works 85-92, ale stanowi ona sentymentalny powrót do końca lat 90., czyli czasów Windowlicker. Szczerze mówiąc, gdybym usłyszał kawałek Circlont6a (Syrobonkus Mix) nie wiedząc, że to Aphex Twin, pomyślałbym że na pewno stworzyli go chłopaki z Mouse on Mars! Szczególnie zapamiętam jeden z moich pierwszych kontaktów z nową płytą Aphexa –  szczęśliwcy, którzy zakupili bilet na Warp25 podczas krakowskiego festiwalu Sacrum Profanum, mieli szczęście usłyszeć Syro kilka dni przed premierą. Do połowy albumu ludzie siedzieli bądź stali w skupieniu, wchłaniając w siebie nowe dźwięki, bijąc brawo po odegranych utworach pomimo tego, że nikogo na scenie nie było! W końcu w połowie część ludzi nie mogła już słuchać tego na spokojnie i zaczęła skakać i tańczyć, a pozostali słuchacze widząc tę reakcję śmielej do nich dołączali, by pod sceną zebrała się całkiem niemała grupka żwawo bawiących się melomanów – fajna sprawa!

[A.D.]

Recenzja

 

2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

#2 Swans – To Be Kind

Poprzednie The Seer było dziełem absolutnym Michaela Giry. Wejście w ten dwugodzinny album to jak wejście do mózgu, zaglądnięcie do duszy, uczestniczenie w rytuale takim, jaki artysta sobie zaplanował. To Be Kind jest naturalną koleją rzeczy; Gira po takiej eksplozji introwertyczności, wyszedł do ludzi i stworzył bardziej przyswajalny materiał, w  którym ugruntował swoje przywództwo. Swans wydobył z dość tradycyjnych instrumentów bardzo nietradycyjne brzmienie; takie, którym sprawił, że stali się obecnie najlepszym koncertowym zespołem, a ich występy już owiane są mistycyzmem.

[W.B]

Recenzja

 

1

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

#1 Flying Lotus – You’re Dead!

Biorąc pod uwagę estetyczne tendencje słuchaczy na przestrzeni ostatnich 5 lat, ten album nie mógł sprzedać się dobrze, niezależnie od poziomu jego genialności. Po prostu pojawił się w nienajlepszym dla siebie czasie i ludzie go nie docenili. Ale właśnie po to są tego typu rankingi i zestawienia, ażeby móc obiektywnie ocenić wartość danego materiału.

O nowym Fly Lo było wiadomo, że będzie jazz,  że dużo gości, że tematyka śmierci, i że najprawdopodobniej będzie trzeba się bardzo skupić, żeby wszystko to ogarnąć. Wszystko się ziściło. Co ciekawe, gdy spojrzeć na ewolucje muzyczną Lotusa, można dojść do wniosku, że wszystkie drogi zaczęte na poprzednich płytach, prowadziły właśnie do „You’re Dead!”, tak jakby tu miały znaleźć idealną i ostateczną formę. Co jeszcze ciekawsze, tak samo myślałem o poprzednim „Until the quiet comes”.

Na You’re dead dzieje się tyle, że trzeba podzielić całość na kilka sekwencji. Pierwszą jest jazzowa, atakująca już od pierwszego utworu. Lotusowi udało się tu przenieść w zrównoważony i nienachalny sposób koncepcje swoich połamanych, szybkich bitów na jazzowy świat i jego instrumentalium, co samo w sobie jest świetną rzeczą. Wspomagany przez takich muzyków jak Herbbie Hancock czy Thundercat pokazuje, że jako artysta z rozbudowanymi kompozycjami, z łatwością i płynnością porusza się jazzie. Następnie przechodzimy do rapu. Dwa kawałki, dwóch raperów, Kendrick Lamar i Snoop Dogg. Stwierdzenie w 2014 roku, że nie do końca przekonuje mnie Kendrick Lamar jako raper, eliminuje mnie z publicznych dyskusji o hip-hopie, ale po prostu nie czuję tego gościa, sorry. Z pozycji artysty i jego wizji, ustawienie rapera będącego na szczycie swojej kariery w utworze singlowym, było zabiegiem oczywistym i każdy postąpiłby tak samo. Są jednak momenty, w których Kendrickowi nie udaje się sprostać narracji, a jego flow staje się pretensjonalne. Zupełnie odwrotnie niż Snoop Dogg w następnym utworze, który ze swoim stoickim chilloutem, mimo wieku i stażu, potrafi dalej rozbujać.

Temat śmierci został poruszony przez tylu muzyków, na tylu różnych płytach, że nic nowego w tej kwestii chyba nie da się zrobić. Można go jednak przedstawić w zupełnie inny, wręcz innowacyjny sposób, w przypadku Fly Lo, bardzo udany. Niektórzy mogą zarzucić, że skoro jest mało tekstów i wokali, albumowi automatycznie brakuje treści – błąd! Właśnie to sprawia, że pomimo małej ilości środków bezpośredniego przekazu, czuć tu śmierć i to, że artysta skupia się wokół niej. Za każdym razem, kiedy słucham fragmentu od „Turkey Dog Coma” do „Moment of hesitation”, mam wrażenie, że instrumenty mówią do mnie, a sam Fly Lo chce mi przekazać, że coś co odkrył. Bardzo ciężko opisać co się tu dzieje, a w szczególności chwile, kiedy jazz współżyje z elektroniką, by nagle przerodzić się w soulowo-podoby hip-hop; to najbardziej charakterystyczne momenty albumu. Po tej sekwencji, nagle pojawia się Thundercat, śpiewając w bardzo groteskowy i teatralny sposób (nie wspominając gracji z jaką to robi!). Kiedy weźmiemy pod uwagę temat śmierci, jego styl śpiewania wprowadza trochę surrealizmu. Nie wiem co jest na tym albumie doskonalsze, środki przekazu (dobór wokalistów, muzyków sesyjnych, instrumentów) czy ich treściwość. Lotusowi udało się zamknąć cały ten ogromny świat w 38 minutach i, jak słowo daję, każda sekunda jest esencjonalna i istotna. Weźmy za przykład dwa rapsowe kawałki – TYLKO dwa, ale czy na You’re Dead potrzeba więcej?

Dopiero w tych 38 minutach zobaczyłem jaką typ ma wyobraźnię, jak wielkim jest wizjonerem, tworząc tak genialne kompozycje, jednocześnie zachowując 100% precyzji. Ciekawi mnie w jak dużym stopniu jest „odklejony” od świata, mając zaledwie 31 lat. To najlepsza, najbardziej dojrzała płyta Flying Lotusa, w której (jak już napisałem) doprowadził swój styl do perfekcji tak, że lepszy być nie może. A więc, co dalej? Jaki będzie jego następny krok? Ostatni utwór „The Protest” daje do myślenia, kiedy po tych wszystkich dziwactwach słyszymy tekst śpiewany przez Kimbre „We will live long, forever and ever”, aż nagle wchodzi typowy „lotusowy” bit, a ja dostaję gęsiej skórki. Stworzył ten utwór tak, jakby chciał nam powiedzieć, że to wcale nie koniec i jeszcze się zobaczymy.

P.S Dawno nie płakałem przy żadnej płycie.

[W.B.]